Społeczeństwo
Przestarzałe materiały, błędy na egzaminach. Tak w Polsce uczy się instruktorów nauki jazdy
Opublikowano
2 tygodnie temu-
przez
luzKandydaci na instruktorów nauki jazdy w Polsce na kursie dowiadują się, że tablica szkolna jest najczęstszym narzędziem dydaktycznym. Mówi się im też o foliogramach, przezroczach i taśmach magnetofonowych. Kursy to często papierowa fikcja, a na egzaminach pojawiają się błędne pytania

Wymagania dla kandydata na instruktora nauki jazdy kategorii B (samochód osobowy) są dziś w Polsce tak niskie, że trudno byłoby je obniżyć. Wystarczy mieć prawo jazdy na osobówkę od dwóch lat, ważne orzeczenie lekarskie i psychologiczne oraz zaświadczenie o niekaralności. To wszystko.
Należy tylko odbyć kurs w ośrodku szkolenia kierowców o statusie Super OSK (są wyższe wymagania formalne niż wobec zwykłych ośrodków szkolenia kierowców) albo w w wojewódzkim ośrodku ruchu drogowego. No i trzeba zdać egzamin państwowy przed komisją, którą powołuje wojewoda.
Niskie wymagania to nie wszystko. Cały proces szkolenia ludzi, którzy potem uczą młodych Polaków jeździć po drogach, ociera się o farsę. Tak samo jak egzamin.
„Praktyka? Miałem rozpisane godziny, tu podpis, załatwione”
Jak wygląda kurs? Przepisy wymagają, że kandydat ma odbyć 130 godzin zajęć teoretycznych oraz 55 godzin zajęć praktycznych, w tym 5 godzin w Ośrodku Doskonalenia Techniki Jazdy w ramach tych zajęć praktycznych.
Prawie wszyscy moi rozmówcy, którzy niedawno skończyli kurs na instruktora nauki jazdy, twierdzą zgodnie, że nie zrealizowali pełnej liczby godzin zajęć. I to niezależnie od tego, czy odbywali zajęcia w prywatnych podmiotach Super OSK, czy w samorządowych WORD-ach.
– Teorii nie zrealizowaliśmy w całości. Ucinali godziny, puszczali wcześniej. Materiał był tak uogólniony, że nie mieli o czym mówić, więc to skracali – mówi brd24.pl kandydat, który odbywał kurs w jednym z wojewódzkich ośrodków ruchu drogowego.
– Praktyka? Jaka praktyka – uśmiecha się inny z kursantów. – Miałem rozpisaną całość, tutaj podpis i koniec. Powiedzieli, że mogę się z kimś umówić żeby pojeździć, ale nikt nic nie wymagał…
Według relacji kandydata na instruktora, zdarzały się sytuacje, w których podczas zajęć obserwacyjnych, z tyłu pojazdu szkoleniowego siedziało dwóch praktykantów jednocześnie, a jeden z kursantów jechał po kolejnego kursanta, którego następnie odwożono, co oznaczało trzy osoby z tyłu i ogłupiającą farsę zamiast szkolenia dydaktycznego.
To zdarzyło się w OSK, które realizowało część praktyczną na zlecenie WORD (WORD-y nie mają swoich pojazdów szkoleniowych i muszą zlecać to zewnętrznym firmom).
Takie kursy kosztują po kilka tysięcy złotych. Moi rozmówcy najczęściej przyznawali, że nie przygotowały ich do pracy.
– Dużo się nie nauczyłam. Siedząc z tyłu na obserwacji zajęć tylko się zastanawiałam, czy w tej sytuacji również bym zdążyła zareagować itp, ale nie miałam okazji spróbować – opowiada szkolenie praktyczne jedna z kursantek. I dodaje: – Nauczyłam się być instruktorem dopiero po zatrudnieniu podczas szkolenia w pracy.
Oczywiście istnieją ośrodki, które kurs realizują na wysokim poziomie, z rozbudowanym programem, z omawianiem nowoczesnych systemów w pojazdach, z omawianiem wypalenia zawodowego, z relacjami z klientem w trudnych sytuacjach. Z rozmów z kursantami i instruktorami wynika, że są to jednak wyjątki. Większość kursów realizuje minimum programowe rozciągnięte na papierze do granic fikcji.
Jest przestarzała typologia, nie ma o pracy z ludźmi z ADHD
Instruktor nauki jazdy może mieć postawowe wykształcenie. Kurs więc – oprócz doskonałej wiedzy na temat ruchu drogowego i techniki prowadzenia pojazdu – powinien go przygotować pedagogicznie.
Tymczasem materiały, na których opiera się nauczanie metodyki i psychologii w Super OSK i WORD, są skrótem podręcznika Wincentego Okonia „Wprowadzenie do dydaktyki ogólnej” i wyborem fragmentów z polskich podręczników psychologii ogólnej. T
o rozdziały wycięte z podręczników akademickich dla studentów pedagogiki i psychologii, w kilku miejscach uzupełnione słowem „kursant” lub „kierowca” i w tej formie przekazywane kandydatom na instruktorów.
Materiały, które otrzymałem od świeżo upieczonych instruktorów nauki jazdy, nie różnią się niczym od tych, które na takich samych kursach przekazywano ponad dekadę temu. Ten sam plik PDF, ten sam zestaw fragmentów książki Okonia…
Z tych materiałów kandydat musi się nauczyć, że sangwinik szybko się nudzi, choleryk jest pobudliwy i uderza pięścią w stół, a melancholik jest wrażliwy na krytykę. Jest to typologia stworzona w czwartym wieku przed naszą erą przez Hipokratesa, oparta na nieistniejącej fizjologii czterech soków ustrojowych. Wykłada się ją w 2026 roku, w materiale kursu instruktorskiego, tonem podręcznikowym, jakby była obowiązującą wiedzą naukową, choć na poziomie szkół średnich w Polsce omawia się ją wyłącznie jako kontekst historyczny, pokazujący, jak ludzkość kiedyś próbowała sobie tłumaczyć charakter człowieka. Ale kandydat na instruktora musi nauczyć się tej typologii na pamięć, żeby zdać egzamin.
Materiały z psychologii zawierają pełny wykład o sześciu podejściach w psychologii, w tym o psychoanalizie Freuda, o obszarach konfliktów psychologicznych w nieświadomej części osobowości i o teorii nieświadomości z początku XX wieku. Jednocześnie nie ma w tych materiałach ani jednego rozdziału o specyficznych potrzebach dzisiejszych kursantów – czyli o tym, jak pracować z kandydatem z ADHD, w spektrum autyzmu, z zaburzeniami lękowymi, po urazie komunikacyjnym, w starszym wieku. Są to grupy, które dziś trafiają do polskich OSK w coraz większej liczbie. Przyszły instruktor nie dostaje żadnych narzędzi i wiedzy na temat pracy z takimi osobami.
Prace z drewna i szkła oraz taśma magnetofonowa
Wszystko, czego przyszli instruktorzy nauki jazdy uczą się o psychologii, jest wyrwana z kontekstu i wrzucone do materiału instruktorskiego bez najmniejszej adaptacji do przyszłego zawodu. W materiałach, które pokazali nam informatorzy, pojawiają się rozdziały bez żadnego odniesienia do jazdy samochodem, przepisane wprost z książki Okonia. To m.in. cały fragment o metodach realizacji zadań wytwórczych, opisujący kierowanie zajęciami, w trakcie których uczniowie wykonują prace użytkowe z drewna, szkła, metalu lub mas plastycznych. Fragment ten istnieje, ponieważ został przepisany z podręcznika dydaktyki ogólnej, w którym stanowił naturalną część klasyfikacji metod praktycznych.
Rozdział o środkach dydaktycznych opisuje… przeźrocza, foliogramy, taśmy magnetofonowe. „Najstarszym i najczęściej używanym środkiem dydaktycznym jest tablica szkolna” – czytamy w materiałach kursu instruktorskiego w 2026 roku. Foliogramy to coś, o którym urodzeniu w latach 2000 kandydaci na instruktora pierwszy raz w życiu słyszą. Z drugiej strony – nie dowiadują się niczego o symulatorach jazdy, o filmowaniu przebiegu lekcji i odtwarzaniu nagrania przy omówieniu, o systemach percepcji zagrożeń stosowanych w egzaminie w Wielkiej Brytanii, o wykorzystaniu Google Street View do analizy trudnych skrzyżowań.
Instruktor, który nie umie hamować silnikiem? „Mamy takich”
Przyszli instruktorzy nauki jazdy trafiają na kursie do Ośrodków Doskonalenia Techniki Jazdy. Doskonalenia – zatem podstawy powinni już posiadać. Jak mówią nam trenerzy z ODTJ, jest z tym nie najlepiej. Kandydaci na instruktorów nauki jazdy mają problemy z podstawami.
– Nie rozumieją, czym jest hamowanie silnikiem, więc redukując biegi, wciskają sprzęgło i trzymają je wciśnięte przez całą redukcję, zamiast puszczać między zmianami biegów – opowiada brd24.pl jeden z trenerów ODTJ.
Problemów jest więcej. Kandydaci na instruktorów nauki jazdy mie potrafią wykonać awaryjnego ominięcia przeszkody, bo nie potrafią oszacować, z jaką prędkością da się to wykonać. Jednocześnie – jak większość przeciętnych kierowców – mocno przeceniają swoje umiejętności.
– U niektórych staż jest po prostu za krótki, dwa czy trzy lata nie wystarczą, żeby te umiejętności zdążyły się wykształcić. U innych staż mógłby być i dziesięcioletni, a braków techniki jazdy i tak by to nie nadrobiło, bo przez cały ten czas wykształciły się u nich złe nawyki zamiast dobrych – mówią nam szkoleniowcy.
Błędne pytania kończące kurs
Dotarliśmy do dwóch pytań z egzaminu wewnętrznego kursów, które odbywały się w dwóch różnych wojewódzkich ośrodkach ruchu drogowego. Oba były błędne.
Pierwsze dotyczyło znaku E-17a, czyli początku miejscowości:
„Znak drogowy E-17a, umieszczony na drodze dwujezdniowej co najmniej o dwóch pasach przeznaczonych dla każdego kierunku ruchu, oznacza, że dopuszczalna prędkość samochodu osobowego wynosi:
a) 70 km/h,
b) 100 km/h,
c) 50 km/h w godzinach od 23:00 do 5:00”.
Pytanie jest skrajnie wadliwe, ponieważ znak E-17a w ogóle nie wyznacza prędkości. Jest to tablica informacyjna oznaczająca początek miejscowości, a prędkość dopuszczalną regulują zupełnie inne znaki oraz przepisy ogólne. Na dodatek, żeby odpowiedzieć zgodnie z kluczem, kandydat musi znać stan prawny sprzed nowelizacji, w której istniały jeszcze odrębne przepisy nocnej prędkości w obszarze zabudowanym!
Drugie pytanie brzmiało tak:
„Drogą twardą nie jest:
a) droga asfaltowa o długości 20 metrów,
b) droga żwirowa,
c) droga polna”.
Problem w tym, że pojęcie „droga twarda” zostało nowelizacją prawa o ruchu drogowym zmienione i zastąpione pojęciem „droga o nawierzchni twardej”, z nową definicją. Pytanie istnieje więc dalej w bazie używanej przez WORD do egzaminów wewnętrzny, ale oparte jest na stanie prawnym sprzed nowelizacji.
Ile metrów kwadratowych ma sala wykładowa?
Nie lepiej jest na egzaminie państwowym, który przeprowadzają komisje powołane przez wojewodów. Tam również zdarzają się pytania, które albo odnoszą się do starych przepisów, albo do technologii sprzed dwóch dekad. Są w bazie pytania o zachowania samochodu bez systemu ABS, który w Unii Europejskiej jest obowiązkowym wyposażeniem nowych samochodów osobowych od 2004 roku. Jednocześnie w materiałach otrzymywanych podczas kursu i w bazie egzaminacyjnej nie ma ani słowa o systemach, w które dziś naszpikowany jest każdy nowy samochód. Brak TSR, czyli systemu rozpoznawania znaków drogowych. Brak LKA, czyli asystenta utrzymania pasa ruchu. Brak BSM, czyli monitora martwego pola. Brak AEB, czyli automatycznego hamowania awaryjnego.
Pojawia się za to bardzo dużo pytań o metry kwadratowe sali wykładowej, o plac manewrowy, wymagane wyposażenie dydaktyczne, okresy przechowywania dokumentacji kursantów, procedury zgłaszania zmian do starosty i tym podobne. Są to tematy, którymi w każdym OSK zajmuje się kierownik albo sekretariat, a nie instruktor, który przecież nie prowadzi firmy, tylko uczy ludzi w samochodzie.
Z blisko trzystu pytań z modułu o szkoleniu, które otrzymałem od świeżo upieczonych instruktorów, około 75 dotyczyło wyłącznie wiedzy kierownika i właściciela OSK.
Kursanci od lat zgłaszają, że pytania na państwowym egzaminie na instruktora nauki jazdy są błędne, dziwne. Nikt jednak nigdy nie próbował tego naprawić. W przeciwieństwie do bazy pytań egzaminu na prawo jazdy, ta baza pytań nigdy nie została ujawniona. Nie reguluje jej też żaden przepis. Nigdzie nie zapisano: skąd pochodzi, kto układa pytania, kto powinien je aktualizować. Każda komisja wojewódzka ma możliwość dopuszczać lub nie dopuszczać poszczególnych pytań, a scenariusze odpowiedzi, jak słyszę od świeżo upieczonych instruktorów, potrafią się między województwami różnić.
Jedynym pewnikiem wynikającym z przepisów jest fakt, że tę bazę pytań egzaminacyjnych zatwierdza minister infrastruktury. Ponosi więc całą odpowiedzialność za jej kształt.
Niedobrze uczą kierowców, ale uczą instruktorów
Informator, który od lat obserwuje rynek, zwrócił mi uwagę na coś przerażającego. Są na polskim rynku Super OSK, które mają zdawalność kandydatów na kierowców kategorii B w okolicach 10 proc. To znaczy, że rzadko który ich kursant zdobywa prawo jazdy. Jednocześnie dokładnie te same Super OSK mają uprawnienia do kształcenia przyszłych instruktorów. Rażąco niska jakość jednego szkolenia nie dyskwalifikuje z prowadzenia drugiego. Nikt w tym systemie nie widzi w tym problemu.
Dochodzi do tego problem z aktualnością wiedzy kadr. Kilku moich rozmówców, świeżo upieczonych instruktorów, potwierdziło, że w trakcie kursu przekazywano im treści zwyczajnie niezgodne z obecnym prawem. Jeden z nich usłyszał, że musi realizować zajęcia nocne, choć obowiązek nocnych jazd w szkoleniu kandydatów na kierowców został zniesiony lata temu. Drugi dostał informację, że instruktor może pracować tylko osiem godzin dziennie, co od dawna nie jest prawdą.
Wykładowca nie musi mieć prawa jazdy
Polskie prawo dopuszcza, żeby do ewidencji wykładowców teorii w OSK została wpisana osoba, która nie posiada prawa jazdy. Ustawa o kierujących pojazdami, która tę ewidencję reguluje, nie wymaga od wykładowcy uprawnień do prowadzenia pojazdu. W Polsce jest na dziś 484 wykładowców wpisanych do tej ewidencji. Ilu z nich nigdy nie miało prawo jazdy? Nie wiadomo.
Jest jednak ryzyko, że przyszły instruktor nauki jazdy może trafić na zajęcia teoretyczne do człowieka, który nigdy w życiu nie prowadził samochodu, ponieważ nie ma do tego uprawnień. I będzie uczył go, jak uczyć przyszłych kierowców.
W tej samej ustawie inny zapis wyklucza instruktor nauki jazdy z wykładów teoretycznych, jeśli , z przyczyn zdrowotnych traci prawo jazdy. Może mieć i 30 lat doświadczenia, ale teorii nie będzie mógł uczyć.
Ten sam system, dwa różne przepisy i zupełnie sprzeczna logika, z której widać, że polska ustawa o kierujących pojazdami nie była pisana z jedną spójną wizją, tylko fragmentami, przez różne osoby, w różnym czasie, bez zrozumienia, co z czego wynika i do czego ma prowadzić.
Handel zaświadczeniami
Kiedy już dwudziestoletni absolwent podstawówki z dwoma latami prawa jazdy przejdzie kurs, odkuje Hipokratesa i zasady Okonia, zda egzamin ze spornych pytań, zaprezentuje, że potrafi prowadzić zajęcia teoretyczne i praktyczne, dostaje legitymację i może zacząć uczyć.
Od tego momentu polskie państwo dba o jego rozwój zawodowy w sposób równie wadliwy, jak w procesie wyszkolenia go do tego zawodu. Prawo obowiązuje każdego instruktora nauki jazdy do uczestnictwa w corocznych warsztatach doskonalenia zawodowego, z programem zdefiniowanym w rozporządzeniu co do minuty, obejmującym godzinę psychologii, godzinę metodyki, godzinę techniki kierowania pojazdem, godzinę zasad prowadzenia ośrodka szkolenia plus dwie godziny zajęć praktycznych, razem sześć godzin rocznie.
Tajemnicą Poliszynela jest, że w środowisku instruktorów dochodzi do handlu zaświadczeniami o odbyciu warsztatów. Za 200-300 złotych można kupić zaświadczenie i mieć potwierdzenie dla urzędu bez odbycia choćby jednej godziny szkolenia.
Część ośrodków realizujących warsztaty udaje, że szkoli, realizując na przykład za 150 złotych tylko teorię, ale praktyki już nie przeprowadza w ogóle. Obowiązek formalny się zgadza, zaświadczenie się drukuje, instruktor dalej uczy kursantów. Jakość pracy tego instruktora pozostaje taka, jaka była w momencie, kiedy kończył kurs, choć auto, które będzie prowadził jego kursant ma już dziesiątki nowych systemów wspomagania kierowcy, o których ten instruktor nie usłyszał ani słowa, chyba, że sam się dokształcał.
W tak skonstruowanym systemie zostać dobrym instruktorem nauki jazdy jest trudno. Bo zostaje się nim mimo szkolenia i egzaminów. Głównie dzięki samorozwojowi i pasji. Takich ludzi w systemie pracuje jednak niewielu.
Andrzej Łapa
