Connect with us
Statystyki 2026
  • Zabici w wypadkach - 516
  • Ranni w wypadkach - 9057
  • Kierowcy po alkoholu - 37371
  • Średnia liczba wypadków dziennie: 47.6
  • Średnia liczba zabitych dziennie: 3.13
  • Średnia liczba rannych dziennie: 54.89
  • Zabici w wypadkach - 516
  • Ranni w wypadkach - 9057
  • Kierowcy po alkoholu - 37371
  • Średnia liczba wypadków dziennie: 47.6
  • Średnia liczba zabitych dziennie: 3.13
  • Średnia liczba rannych dziennie: 54.89

Społeczeństwo

Pracownik Sebastiana M.: szef wiózł mnie 304 km/h swoim BMW

Opublikowano

-

Przed sądem w Piotrkowie Trybunalskim zeznawał pracownik z firmy Sebastiana M., oskarżonego o spowodowanie tragedii na autostradzie A1. Opowiedział, że szef podczas wyjazdów służbowych pędził samochodem BMW nawet 304 km/h. Tym samym, które brało potem udział w wypadku

Przed sądem zeznawał były pracownik firmy Sebastiana M. Rigello. Zatrudniony był jednak w spółce ojca M. – Berotex Fot. Łukasz Zboralski/brd24.pl

Przed Sądem Rejonowym w Piotrkowie Trybunalskim zeznawał jako świadek były pracownik Sebastiana M. To handlowiec zatrudniony w firmie S. sprzedającą kawę – Rigello, choć formalnie, jak przyznał zatrudniony był w spółce ojca S. , firmie Berotex.

Po wypadku to on w firmie przejął większą odpowiedzialność. – Musiałem m.in. tłumaczyć klientom, co się stało, czy będą kupować nasz towar – mówił S.W. Po około sześciu miesiącach został z firmy zwolniony.

S.W. opowiadał, że czasami wyjeżdżał ze swoim szefem służbowo, odpowiadał bowiem za eksport. Czasem jeździli dwoma busami, z jeszcze kilkoma pracownikami – najczęściej na targi. Czasem jeździli też na spotkania biznesowe, wówczas jechali we dwóch.

„Bałem się. Drzewa mijaliśmy tak szybko”

Takim wyjazdem była wyprawa około 4 lata temu na Litwę. – Jechaliśmy wtedy tym BMW, które potem uczestniczyło w wypadku. Wracaliśmy do kraju i już w Polsce na tym nowym odcinku autostrady między Białymstokiem a Warszawą. Była niedziela, około południa. Szef jechał tak szybko, że się bałem, jak patrzyłem, jak szybko mijamy drzewa na poboczu. Zapytałem wtedy, ile jedziemy. Odpowiedział, że 304 km/h. Nigdy wcześniej w życiu, ani nigdy potem tak szybko nie jechałem samochodem – opisywał.

Sebastian M. podczas tych zeznań starał się zachować kamienną twarz, ale gdy padały te kwestie, z wydawało się, że z pewnym niepokojem patrzy na rodziców.

Pracownik przypominał sobie rozmowy z M. o tym, że BMW nie było zwykłym autem. Szef opowiadał mu, że jest stuningowane, że ma więcej koni mechanicznych. – Dźwięk i odczucia z jazdy są zupełnie inne niż normalnych samochodach – mówił świadek S.W. – Podczas innej naszej wcześniejszej jazdy pytałem go, czy wie, że ja mam rodzinę i dzieci. Bo widziałem, jaki typ auta to jest, że to taki szybki samochód. Pytałem go też, czy trenował jazdę na torze.

Sebastian M. z uwagą wpatrywał się w byłego pracownika, gdy ten opowiadał, że szef woził go z gigantycznymi prędkościami samochodem BMW Fot. Łukasz Zboralski/brd24.pl

Co najmniej trzy jazdy po 200 km/h i więcej

S.W. odpowiadał, że widział w aucie dostosowane, duże czerwone tarcze hamulcowe, z otworami, żeby się tak mocno nie rozgrzewały. Zdawał sobie sprawę, że to wóz dostosowany do dużych prędkości.

Pracownik Sebastiana M. wspominał, że szef jeździł „pewnie, ale szybko i agresywnie”. Przypominał sobie też inne wyjazdy, co najmniej dwa. Jeden kolejny wyjazd na Litwę i Łotwę i raz do producenta pieca zamówionego przez M.

– Myślę, że wówczas jechaliśmy gdzieś 230-250 km/h – opowiadał. – Jechał tak szybko wtedy, jak się dało na drodze, bo często jest jakieś zwężenie czy światła i ktoś wyjedzie… Generalnie jeździliśmy szybko i dla mnie szybko to jest 200 km/h. I jak jeździliśmy, to zawsze było prawie 200 km/h, jeśli tylko się dało – mówił świadek. – Jeździliśmy tak po autostradach w Polsce. Bo w Niemczech tym autem nie byliśmy.

Ten styl jazdy pokrywa się z informacjami od świadków, do których dotarł wcześniej brd24.pl. To ludzie, którzy też mieli okazję być pasażerami Sebastiana M. Opowiedzieli, że jeździł szybko, łamiąc ograniczenia prędkości. – Opowiadał, że trasę po Polsce, którą normalnie pokonuje się w blisko cztery godziny, on przelatuje w dwie – mówił informator brd24.pl. – Kiedy mu ktoś zwracał uwagę, że są automatyczne urządzenia nadzoru nad kierowcami, odpowiadał, że ma takiego prawnika, że żadnego mandatu nigdy nie zapłacił.

Wyjechali dzień po tragedii

S.W. opowiadał, że – następnego dnia po wypadu – wyjechał z szefem na wcześniej umówione spotkanie. – Sebastian w sobotę wieczorem zadzwonił, że miał wypadek. Żona mi powiedziała, że skoro mamy wyjazd, to mam zadzwonić raz jeszcze, czy nie potrzebuje on pomocy, bo jutro wyjeżdżacie. Zadzwoniłem ponownie, Sebastian mnie uspokoił i że da mi znak, którym autem jedziemy – relacjonował.

W niedzielę Sebastian przyjechał po M.W. innym samochodem, prawdopodobnie należącym do jego ojca. Na Węgrzech za kierownicą zamienił się z pracownikiem.

– Widać było po nim, że trochę kuleje. Mówił, że miał wypadek samochodowy, że Kia wyjechała mu na pas. Mówił, że dzięki swojemu BMW przeżył, dzięki konstrukcji tego auta – opowiadał M.W. Pracownik widział wcześniej materiały mediów, domyślał się, że chodzi o wypadek na A1. – Przejeżdżaliśmy koło tego miejsca wypadku, miałem ciarki.

Prokurator dopytywał, czy Sebastian M. mówił mu, że ma zatrzymane prawo jazdy. Pracownik zaprzeczył. Świadek powiedział, że dzień po wypadku M. nie jechał już tak szybko. – To było też zupełnie inne auto – zauważył.

Wyjazd do Niemiec

M.W. opowiedział, że po wypadku jechał też z Sebastianem M. i jego żoną na targi do Monachium. Z tego wyjazdu M. już nie wrócił do kraju. Dotarł aż do Dubaju, skąd trzeba było go sprowadzać w ramach umowy ekstradycyjnej.

M.W. nie potrafił odpowiedzieć, kiedy firma aplikowała na monachijskie targi automatów do sprzedawania kawy. – O tym, że tam pojedziemy, dowiedziałem się myślę tydzień przed targami – powiedział M.W. – To było raczej po wypadku – uściślił.

M.W. przyznał, że wrócił z targów sam, samolotem, zanim się skończyły. – Przenocowałem i następnego dnia rano wróciłem. To była decyzja szefa – relacjonował. – Choć myślałem, że będzie tak, jak zawsze, czyli że wyjedziemy i wrócimy razem. Pierwszy raz było inaczej. Sebastian powiedział, że targi są słabe, kupię ci bilet i wracaj do domu. To mnie trochę zaskoczyło.

Sędzia dopytywała, dlaczego w takim razie Sebastian M. został. – Mówił, że on z żoną zostaną, że pojadą sobie do innego hotelu, może ze SPA. W Polsce była dość duża nagonka na wszystkich, na firmę. Na mnie też – mówił były pracownik Rigello. – Dostałem bilet na e-mail i następnego dnia bardzo wcześniej rano wsiadłem w taksówkę i pojechałem na lotnisko. W aucie została moja marynarka, Sebastian powiedział, że po paru dniach sobie zabiorę.

Były pracownik nie potrafił odpowiedzieć, czy Sebastian M. mówił, kiedy wróci. – Dokładnie nie wiem, raczej chodziło o kilka dni. Ewentualnie mieliśmy się łączyć przez Internet, gdyby były pilne sprawy do zarządzania w firmie – opisywał. – Później się okazało, że Sebastian nie wrócił do Polski. Wróciło auto, więc marynarkę odzyskałem.

Opowiadał, że marynarkę dostał w firmie bez słowa komentarza: – Z radia dowiedzieliśmy się w firmie, że Sebastian jest w Dubaju – przyznał.

Świadek: nie było żadnych biznesowych planów z Turcją czy Dubajem

Prokurator dopytywał, czy Sebastian M. mówił wtedy pracownikowi, że wybiera się na jakieś spotkania biznesowe do Turcji czy Dubaju. Sam M. bowiem przekonywał w sądzie na wcześniejszych rozprawach, że nie uciekł za granicę, że do Turcji i Dubaju wyjeżdżał w interesach. Pracownik stwierdził, że nie miał informacji o tych wyjazdach: – Ale szef w firmie nie tłumaczy się pracownikami, co robi. Czasem dowiadywałem się o jakiś projektach, które już szef rozpoczynał.

– Czy firma miała kontrachentów w Turcji i Dubaju? – dopytywał prokurator Aleksander Duda. Okazało się, że Rigello klientów tam nie miała.

Prokurator pytał też, czy M. zabierał materiały promocyjne, którymi miał się posłużyć w Turcji i ZEA. – Chyba nie, przynajmniej nic o tym nie wiedziałem – odpowiadał M.K.

– Czy z pana perspektywy informacje, że M. miał spotkania biznesowe w Turcji i Dubaju, jako pracownika odpowiedzialnego za eksport, miały pokrycie w rzeczywistości. – W mojej opinii nie – odpowiedział były pracownik. – Miałem jako manager zajmować się krajami najbliższymi. W krajach takich jak Włochy, Francja czy Turcja, w mojej opinii nie było sensu tam próbować sprzedawać. Bo to są kraje z wieloletnią kulturą kawową, to my ich naśladujemy, a nie oni nas – tłumaczył. Uznawał, że w ZEA też nie widziałby sensu próbować sprzedaży kawy.

Prokurator Duda dopytywał też, czy w Dubaju i Turcji uprawia się kawę. – Główni producenci kawy to Wietnam, Brazylia, Indie i trochę Afryki – skwitował M.W. Pracownik nie wiedział nic o żadnych wcześniejszych planach biznesowych, które wcześniej mogłyby być przygotowywane w Rigello, związane z Turcją czy ZEA. – W momencie, gdy współpracowałem, nie było żadnych takich planów, ani nie słyszałem o rozmowach w Turcji czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Myślę, że gdyby takie plany były, to bym słyszał. Wiedziałem np., że szef z żoną planują lecieć do Brazylii po kawę.

Pracownik opowiadał, że Sebastian M. kontaktował się z nim, gdy przebywał w Dubaju. Miał twierdzić, że szuka firm, od których można by kupować kawę. Kiedy prokurator dopytywał, czy jakiś interes się udał, przyznał, że nie, nic nie udało się kupić do momentu, gdy został zwolniony z Rigello.

Obrońca Sebastiana M. doprowadziła pytaniami świadka do przyznania, że szef firmy mógł jeździć np. do Włoch na targi, choć pracownik mówił, że nie ma sensu sprzedawać tam kawy. Bowiem wyjazdy na targi dotyczyć mogły nie tylko eksportu, ale i importu kawy.

Mecenas Hebda pytała też świadka o to, jak długo są negocjowane kontrakty z wprowadzaniem marki własnej dla klientów. S.W. przyznał, że taka operacja handlowa – jego doświadczenia – trwa minimum 9 miesięcy, czasem jest to 1,5 roku. Obrońca Majtczaka wskazywała więc, że Sebastian M. mógł zacząć negocjacje w takich sprawach przed wypadkiem, a zakończyć je już po odejściu pracownika z firmy.
Po jej pytaniach i odpowiedziach świadka trudno uznać, że jest dowód na to, iż Sebastian M. na pewno nie pojechał do Turcji czy Dubaju w celach innych niż biznesowe.

Rodzina spłonęła, nikt nie ocalał

Miejsce wypadku z udziałem Sebastiana Majtczaka na autostradzie A1. Na zdjęciu jego rozbite BMW. Fot. KM PSP Piotrków Trybunalski
Miejsce wypadku z udziałem Sebastiana Majtczaka na autostradzie A1. Na zdjęciu jego rozbite BMW. Fot. KM PSP Piotrków Trybunalski

Sebastian M. oskarżony jest o spowodowanie wypadku na autostradzie A1 w 2023 r. , w którym spłonęła trzyosobowa rodzina. Według biegłych powołanych przez sąd jechał ponad 300 km/h i najechał na osobową Kię, którą z prawidłową prędkością poruszała się rodzina z małym dzieckiem.

Sebastianowi M. grozi od 6 miesięcy do 8 lat więzienia.

[TEKST JEST STALE AKTUALIZOWANY]

Z sądu w Piotrkowie Trybunalskim
Łukasz Zboralski