Connect with us
Statystyki 2026
  • Zabici w wypadkach - 277
  • Ranni w wypadkach - 4666
  • Kierowcy po alkoholu - 20933
  • Średnia liczba wypadków dziennie: 38.39
  • Średnia liczba zabitych dziennie: 2.66
  • Średnia liczba rannych dziennie: 44.87
  • Zabici w wypadkach - 277
  • Ranni w wypadkach - 4666
  • Kierowcy po alkoholu - 20933
  • Średnia liczba wypadków dziennie: 38.39
  • Średnia liczba zabitych dziennie: 2.66
  • Średnia liczba rannych dziennie: 44.87

Prawo

Sebastian M. mógł być sądzony za zabójstwo a nie wypadek. Przełomowa analiza

Opublikowano

-

Sebastian M. odpowiada przed sądem jako oskarżony o spowodowanie śmiertelnego wypadku na autostradzie A1 i grozi mu maksymalnie 8 lat więzienia. Jak jednak wynika z najnowszej analizy karnistów, nie ma przeszkód, by tacy kierowcy odpowiadali w Polsce za zabójstwo z zamiarem ewentualnym. Wówczas grozi nawet dożywocie

Zdaniem karnistów tacy przestępcy drogowi jak Sebastian M. mogą być w Polsce osądzani nie za spowodowanie wypadku, ale za zabójstwo z zamiarem ewentualnym Fot. Łukasz Zboralski/brd24.pl

Sprawa tragedii, jaka rozegrała się na autostradzie A1 we wrześniu 2023 r. do dziś porusza polską opinię społeczną. Syn łódzkiego biznesmena gnał bowiem według ustaleń prokuratury ponad 300 km/h, staranował rodzinę z małym dzieckiem w innym aucie, którzy spłonęli po uderzeniu w bariery. Potem wyjechał z Polski i trzeba było procedury ekstradycyjnej, by ściągnąć go z Dubaju i postawić przed sądem.

Ta sprawa porusza też Polaków dlatego, że nawet za tak skrajne łamanie prawa na drodze i doprowadzenie do zabicia całej rodziny, uznawane jest w Polsce po prostu za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Kara, która za to grozi – od 6 miesięcy do 8 lat więzienia – jest w oczach opinii publicznej niewspółmierna.

To m.in. pod naciskiem opinii publicznej po tym wypadku, Ministerstwo Sprawiedliwości wprowadziło nowelizację i podwyższyło karę właśnie w przypadku zabicia ludzi po takich wypadkach. Ta zmiana prawa okazała się jednak kosmetyczna i w oczach Polaków niewystarczająca. Bowiem każdy następca Sebastiana M. dziś zagrożony jest karą nie do 8 lat pozbawienia wolności, a zaledwie do 10.

Doktryna zauważa problem

Tego rodzaju bandytów drogowych można by skazywać za zabójstwo z zamiarem ewentualnym, czyli radykalne naruszanie zasad z pełną świadomością, że może to zakończyć czyjeś życie. Wówczas kara wynosi od 10 lat pozbawienia wolności do dożywocia.

Polscy sędziowie nie są jednak chętni do takich orzeczeń. Jednak to może właśnie się zmienić. Bo zmiana orzecznictwa następuje poprzez tzw. dyskusję w doktrynie. A tę stanowią m.in. glossy do wyroków, komentarze do ustawa i artykuły naukowe dotyczące prawa karnego.

Taki artykuł karnistów z Uniwersytetu Jagiellońskiego został właśnie niedawno opublikowany. Jego autorzy uznali, że nie ma przeszkód, by sprawców wypadków takich jak Sebastian M. sądzić za zabójstwo z zamiarem ewentualnym.

Artykuł „Zabójstwo drogowe” ukazał się w czasopiśmie „PAŃSTWO i PRAWO 1/2026. Jego autorami są wykładowca prawa karnego UJ prof. Mikołaj Małecki oraz Piotr Banaśkiewicz, Kordian Bielak, Hubert Grucela, Kacper Hejnar, Bartosz Joniak, Łukasz Kraj, Lena Orzechowska, Kacper Szajor, Jakub Tomaszek, Hubert Trzciński i Maciej Wójcik.

Sebastiana M. można było sądzić inaczej

W swoim artykule karniści sami wskazują, że problem surowszego karania sprawców tego rodzaju wypadków „nabiera istotnego znaczenia społecznego”. I wymieniają m.in. wypadek Łukasza Żaka, który we wrześniu 2024 r. w Warszawie pędził pijany ponad 200 km/h i wbił się w auto rodziny, w którym zabił jedną osobę. Wymieniają także przypadek Sebastiana M.: „Wspomnieć trzeba zdarzenie na autostradzie A1 spowodowane przez pojazd jadący z prędkością przekraczającą 300 km/h, co skutkowało śmiercią trzyosobowej rodziny”.

Zdaniem autorów analizy w przypadku postrzegania zdarzenia na drodze jako zabójstwo z zamiarem ewentualnym „wszystko zależy (…) od rozłożenia akcentów: zamiast rozważać, czy mogło być to „aż” zabójstwo, niekiedy należałoby raczej zapytać, czy był to „tylko” wypadek”.

Karniści zauważają, że istnieje coś pomiędzy niechcianym śmiertelnym wypadkiem, katastrofą drogową a zabójstwem – czyli intencjonalnym pozbawieniem człowieka życia. I że ta sfera nie powinna być wyjęta spod prawa, ani jej ranga nie powinna być domyślnie zaniżana do „zwykłego wypadku”.

„Jeżeli jednak zachowanie sprawcy niewiele ma wspólnego z wypadkiem komunikacyjnym, który towarzyszy normalnemu korzystaniu z drogi, wydaje się zasadne, by patrzeć na nie z powrotem przez pryzmat przestępstw chroniących wprost życie człowieka. To interpretacja zgodna z założeniami wskazanej konstrukcji, by sianie śmierci na drodze nie spotkało się z łagodniejszą, lecz surowszą karą, zaś art. 177 k.k. obejmował zbieżne typologicznie sytuacje drogowe i nie stał się parasolem ochron- nym dla sprawców zawłaszczających publiczną przestrzeń w celu sprowadzenia skrajnego niebezpieczeństwa. Gdy kierujący sam wyłącza się z grona osób biorących udział w komunikacji, a traktuje ulice miasta jak prywatną arenę niebezpiecznych wyczynów, bliżej mu do umyślnego zabijania człowieka niż śmierci na drodze powodowanej przez przypadek – czytamy w analizie.

Autorzy artykułu dość sprawnie rozprawiają się z jedną z barier dotyczących osądzania sprawców takich wypadków za zabójstwo z zamiarem ewentualnym. W polskich sądach przyjęło się bowiem uważać, że jeśli sprawca w ostatnim momencie skręcił kierownicą czy naciskał hamulec – a to robi człowiek w odruchu obronnym, już nieintencjonalnie w sensie przemyślanego działania – to nie można wykazać, że „godził się” na pozbawienie życia innych ludzi na drodze nawet skrajnie łamiąc wszelkie normy dotyczące prowadzenia pojazdu.

O ile odruchy ciała ludzkiego i tzw. czynności zautomatyzowane uznawane są za czyny w świetle struktury przestępstwa, o tyle zasadniczy sprzeciw musi budzić traktowanie ich a priori jako realnych przejawów chęci zapobiegnięcia skutkowi, spełniających minimalne wymogi tzw. obiektywnej manifestacji woli, co miałoby wykluczać przyjęcie zamiaru wynikowego. Z faktu, że sprawca zachował się odruchowo, nie wynika, iż miał zamiar zapobiegnięcia w ten sposób skutkowi przestępnemu – byłoby to w gruncie rzeczy domniemywanie zamiaru (tu: „kontrzamiaru”) wyłącznie na podstawie faktu zaistnienia określonego ruchu ciała” – piszą autorzy analizy, dodają jednak: „Reakcja obronna zmierzająca do ocalenia siebie w ogóle nie musi być równoznaczna z brakiem godzenia się na zagrożenie innym dobrom prawnym – należałoby to dopiero ustalić w realiach konkretnego zajścia. Kwestii działania instynktownego w odróżnieniu od świadomej decyzji o zapobiegnięciu skutkowi nie da się rozstrzygnąć in abstracto, zważywszy na procesowe uwarunkowania ustaleń dowodowych w świetle zasady in dubio pro reo”.

Karniści podważają mocnymi argumentami także te teorie, które kazałyby widzieć zamiar ewentualny tylko w przypadkach, gdyby kierowca pędził przez miasto dokładnie widząc przed sobą pieszego na pasach. Słusznie wywodzą, że do uznania, że ktoś godzi się na zabicie innej osoby przez szaloną jazdę samochodem czy innym pojazdem, musi wystarczyć sama jego świadomość, co tak skrajne złamanie prawa o ruchu drogowym może przynieść.

W konkluzji dochodzą więc do wniosku, że najbardziej skrajne przypadki drogowego bandytyzmu – takie jak zachowanie Sebastiana M. – powinny być uznawane za zabójstwo drogowe, czyli zabójstwo z zamiarem ewentualnym. I wcale nie trzeba naginać istniejącego prawa, by tak orzekać.

„Przeprowadzone rozważania pokazały, że zabójstwo drogowe stanowi de lege lata możliwą kwalifikację prawną najbardziej karygodnych czynów popełnionych w warunkach ruchu drogowego. Nie są to zabójstwa „chciane” i nie ma podstaw, by naginać regulacje prawnomaterialne w kierunku przypisania sprawcy zamiaru bezpośredniego. Jednakże zamiar w świetle polskiego prawa karnego nie musi równać się chęci. Kodeksowa formuła godzenia się na skutek wydaje się wystarczająco pojemna, by adekwatnie opisać najbardziej szokujące zachowania na drodze, podjęte przez sprawcę obojętnego na los innych ludzi, w postawie lekceważącej bezpieczeństwo wspólnoty” – czytamy w artykule.

Łukasz Zboralski