Connect with us
Statystyki 2026
  • Zabici w wypadkach - 277
  • Ranni w wypadkach - 4666
  • Kierowcy po alkoholu - 20933
  • Średnia liczba wypadków dziennie: 38.39
  • Średnia liczba zabitych dziennie: 2.66
  • Średnia liczba rannych dziennie: 44.87
  • Zabici w wypadkach - 277
  • Ranni w wypadkach - 4666
  • Kierowcy po alkoholu - 20933
  • Średnia liczba wypadków dziennie: 38.39
  • Średnia liczba zabitych dziennie: 2.66
  • Średnia liczba rannych dziennie: 44.87

Społeczeństwo

„Uciekłem, bo się bałem”. Ruszył proces kierowcy, który zabił ojca z synem na motocyklu

Opublikowano

-

W letni wieczór w centrum Warszawy pędził 108 km/h na remontowanym odcinku drogi. Wjechał czołowo w tatę i syna. Kibiców, którzy motocyklem wracali z meczu. Obu zabił. Uciekł wraz z pasażerem. – Bo się bałem, bo miałem zakaz prowadzenia pojazdów – wyznał Dawid F. w sądzie, gdzie rozpoczął się jego proces

Dawid F. (stoi z prawej) odpowiada przed sądem za spowodowanie śmiertelnego wypadku i ucieczkę z miejsca zdarzenia. Mariusz P. (siedzi) oskarżony jest o nieudzielenie pomocy ofiarom wypadku Fot. Łukasz Zboralski/brd24.pl

Czarne trzewiki. Czarne spodnie. Czarna koszula na guziki. Paulina ma też czarne włosy i zupełnie czarne oczy. Jest w nich tyle bólu i smutku, że gdyby ta czerń mogła łzami cała wylać się z oczu, zalałaby nas wszystkich zebranych przed salą Sądu Rejonowego dla Warszawy-Żoliborza. A potem lała by się ulicami Warszawy, przez Wieliszew, z którego przyjechała i jeszcze dalej, spowijając cały świat. Bo smutek kogoś, komu odebrano męża i 13-letniego syna, jest niemierzalny.

Oprócz smutku Paulina ma w sobie jeszcze olbrzymią siłę. Bo łzy nie lecą stale, choć czasem musi z sobą mocno walczyć, zaciskając oczy, gdy na sali odtwarzany jest film z wypadku.

Nie ma jednak tyle siły, żeby zeznawać przy nas. Prosi sąd, by to, co powie o wypadku i swojej stracie, nie było jawne. Sędzia Joanna Wasilewska-Mikusek dobrze to rozumie. My też. Tych zeznań nie usłyszymy.

Zanim jednak do nich dojdzie, możemy posłuchać dwóch mężczyzn wprowadzonych w kajdankach na salę.

Wykolejone życia

Policjanci z konwoju przyprowadzili Dawida F. Ma 25 lat. Jest elektrykiem z zawodu. Sam ma malutkie dziecko, choć z dziewczyną się rozstał. Cały jego majątek to samochód. 20-letni opel vectra C wart 4 tysiące złotych. I nawet trudno powiedzieć, że to jego majątek, bo koledze, od którego go wziął, wciąż chyba nie zapłacił.

Dawid też jest ubrany na czarno. W krótkim rękawku. Chude, owłosione ręce, z którymi czasem nie wie, co zrobić. Siada obok mecenasa z urzędu. Tomasza Gołebiewski broni go za darmo. Dawida nie stać na wynajęcie prawnika.

Obok zasiada w ławie Mariusz P. z Warszawy. Ma prawie 40 lat. I przez całe dorosłe życie pije. Nie tylko pije – Amfetamina, kokaina, marihuana – wylicza w sądzie. Zarzeka się od razu, że dwa lata temu sam przewalczył nałóg i już nie ćpa. Potem jednak przyznaje, że w sumie to kiedyś tam jeszcze wciągnął kreskę.
Zaczesane na bok rzadkie blond włosy. Prześwitująca łysina. T-shirt i dresy. Od siedmiu lat mieszka w hostelu, z ojcem unieruchomionym po wypadku samochodowym, którym się opiekuje. W hostelu ma swój kąt, bo pomaga właścicielowi. Na przykład przygotowuje pokoje dla gości. Dla Dawida przygotowywał. Tak się poznali w lipcu ubiegłego roku.

Żołądkowa gorzka i dwa buchy z lufki

Czwartek 10 lipca 20205 r. Wieczór będzie chłodny. Norbert z 13-letnik synkiem wyruszą motocyklem yamaha na stadion Legii z Wieliszewa. Mecz zacznie się o 21.00.

Tego dnia Dawid F. wstaje rano. Około 8 zjada parówki i bułki. Popija colą zero. Wsiada do samochodu, którego od dwóch lat nie wolno mu prowadzić. Wie o tym dobrze, sądowy wyrok odebrał przecież pocztą. Ten list to był finał jego czteroletniej kariery kierowcy, której nigdy nie powinien rozpoczynać. Mandaty za prędkość, za brak przeglądu auta, za kolizję. A w końcu jazda po pijaku, kara i zakaz prowdzenia pojadów.

Sędzia pyta, dlaczego jeździł, skoro miał świadomość, że mu nie wolno. – Bo musiałem utrzymywać działalność i jeżdżenie autem to był jedyny sposób, żeby zarabiać na rodzinę i siebie – odpowiada. Jakby do głowy mu w ogóle nie mogło przyjść, że to wcale nie był jedyny sposób i jedyne zajęcie na świecie.

Rano tego dnia jedzie na Aleje Jerozolimskie w stolicy. Tam ma zlecenie w restauracji. Gdy się z nim upora, w azjatyckim barze wrzuca w siebie kurczaka po chińsku. I coca colę zero.

Z warszawy rusza do Lesznowoli. Ta część historii mnie mrozi. Bo jechał też przez moją wieś, może mijał gdzieś moją córkę idącą ze szkoły. I przecież to ja z żoną mogłem siedzieć tu, gdzie Paulina. I też bylibyśmy cali na czarno.

„Zażywałem tylko marihuanę, dwa zaciągnięcia z lufki około 18. Marihuanę zażywam raz na tydzień” – opowiada prokuratorowi miesiąc po wypadku.

Kiedy sędzia mu to odczytuje, zaczyna się tłumaczyć, że to wtedy wszystko mu się pokręciło. Ze stresu. Owszem, ćpał, ale to było kilka dni wcześniej, a nie tego feralnego czwartku. Tego dnia to na pewno nic nie palił.

Gdy Dawid zaciąga się z lufki, Mariusz P. jest już po robocie w hostelu. Zjadł kolację, ogląda telewizję. Dzwoni do niego ten chłopak poznany dwa dni wcześniej. Nawet niedobrze pamięta jego imię. Prokuratorowi mówi po wypadku o „Michale” zamiast Dawidzie. „Zapytał, czy wychodzimy na piwo i do mnie podjechał. Potem pojechaliśmy odstawić auto. Dawid szedł do Żabki. Kupił po setce żołądkowej gorzkiej i piwo” – relacjonował.

Do kompletu rozrywki po pracy, oprócz wódki, piwa i lufki ma być jeszcze hazard. Dawid chce jechać „na automaty”. Nie wie, gdzie to jest. Doprowadza go tam Mariusz. Zabawa jest krótka. Za 20 zł od Dawida Mariusz bawi się tylko chwilę i całą forsę pożera automat. Potem siedzi i czeka na znajomego, który gra w innym końcu sali. Zdąży wypić jedno piwo. Gdy wreszcie wychodzą, Mariusz wypija też setkę wódki. Śledczym mówi potem, że nie widział, żeby Dawid pił kupioną dla niego porcję alkoholu. W sądzie podtrzymuje tę wersję.

W aucie znaleziono butelki wódki, piwa, a w podłokietniku także woreczek ze zbryloną substancją. To narkotyki. Ani Dawid, ani Mariusz do tego woreczka się nie przyznają.

Śmierć nadjechała 108 km/h

Dawid wszystko inaczej zapamiętał. Że to Mariusz chciał, żeby on go gdzieś podwoził. I że z nim jeździł, nie wie, po co po Warszawie, której w sumie nie zna. Chociaż sędzia doprowadza go do przyznania się, że przedtem wiele razy w stolicy już był.

Przed godziną 23, Norbert z 13-letnim Wojtkiem wjechali na remontowany odcinek Wisłostrady. Wracali po meczu do domu. Do Pauliny i dwójki młodszych dzieci. To wtedy z drugiej strony remontowanej trasy wjechał Dawid F. swoim oplem. Na ulicy nie było wielu samochodów. Zwężenie. Blisko siebie dwa pasy ruchu w przeciwnych kierunkach, rozdziela je żółta, ciągła linia oznakowania tymczasowego.

Dawid naciska gaz. Tam, gdzie można jechać 40 km/h, a potem maksymalnie 50 km/h, jedzie dwa razy szybciej. Biegły Adam Pierzchała na podstawie nagrania z monitoringu wylicza prędkość na 108 km/h.

– Prowadziłem normalnie, byłem zmęczony, zaspany po całym dniu pracy – opowiada w sądzie Dawid. – Chciałem wyprzedzić auto poruszające się przede mną. Jak wyprzedzałem, Mariusz mnie zapytał o coś, odwróciłem się i nie patrzyłem na jezdnię. To był moment uderzenia. Nie miałem świadomości, w co uderzyłem.

Mariusz P. zapamiętał z tego tyle, że właśnie odkładał butelkę piwa do boku drzwi. Wybuch poduszek, pisk w uszach. To wszystko.

Norbert nie miał szans na reakcję. W ułamku sekund jego motocykl rozpadł się na pół, a on z synkiem zostali z niego wyrzuceni uderzeniem. Reanimacja na miejscu. Śmigłowiec LPR odlatuje do szpitala. 45-letni tata umiera. 13-letni synek walczy o życie. Ale dzień później warszawska prokuratura informuje, że i jego życia nie udało się ocalić.

– Norbert to był taki wspaniały tata, a Wojtuś cudowny chłopiec – mówi zaglądając mi w oczy babcia zabitego nastolatka. Podchodzi do mnie w przerwie rozprawy sama. Jedyna ma chyba tyle siły, by cokolwiek powiedzieć. Przegrzebuje torebkę i wyciąga małą, zieloną książeczkę. – O, widzi pan, to nasz ksiądz, uczył dzieci religii i zebrał od dzieci napisane przez nich legendy. Wydrukowali to. Tu jest i Wojtka opowiadanie – pokazuje mi, przelatując kartki. Na początku widzę spis autorów. Przy imieniu i nazwisku Wojtka jest dopisek „ś.p.”, bo on już wydania tej książeczki nie dożył.

Rozbity samochód sprawcy i części motocykla, na którym zginęli ojciec i syn. Źródło: Facebook/Wawa Hot News 24

Bo byłem w szoku”

Biegły odtworzył ten wypadek dokładnie. Dawid F. nie wyprzedzał przez 20 m. Uderzenie nie nastąpiło, jak tylko wychylił się zza innego pojazdu na przeciwny pas. Jechał jak wariat lewym pasem przez kilkaset metrów.

Źle też zapamiętał uderzenia. Były trzy. Pierwsze w ratownika na motocyklu, który jechał przed Norbertem i Wojtkiem. Urwał mu lusterko. Chwilę potem wjechał w ojca z dzieckiem, a na koniec uderzył jeszcze w inny samochód, choć już lekko, bo wtedy hamował.

Po wypadku Dawid z Mariuszem wydostają się z warku i uciekają. I to szybko. To moment, którego przed sądem dokładnie wyjaśnić nie chcą. Obaj twierdzą, że absolutnie nic nie widzieli. Jeden po wyjściu z auta patrzył tylko pod nogi na chodnik. Drugi w ogóle, absolutnie się nie rozglądał. W taką wersję uwierzyć trudno.

Obaj twierdzą, że mieli powód, by uciekać z auta, które rozbiłoby się na barierze czy słupie. Mariusz P. ma na karku list gończy. Dawid twierdzi, że bał się, że przyjedzie patrol policji, a on ma przecież sądowy zakaz prowadzenia pojazdów.

Mariusz na piechotę doszedł do osiedla, wsiadł w autobus, dojechał do pętli na Gocławiu. Potem poszedł do hostelu. Zasnął.

– Byłem w szoku, nie wiedziałem, co się dzieje. Odszedłem kawałek, złapałem taksówkę, wróciłem do hostelu. Za duży był stres po prostu. Nie miałem świadomości, że uderzyliśmy w motor i że tam zginęli ludzie – zarzeka się Dawid F.

Prokurator Klaudia Grzesik jest skrupulatna. Zauważa, że w pierwszych zeznaniach Dawid jednak doskonale wiedział, że uderzył w ludzi: „Miałem popękaną szybę, także chyba ktoś uderzył. Oni przelecieli przez nasze auto. Potem ten Mariusz powiedział, że uciekamy i uciekliśmy”. – Jak już wiedziałem, bo policjanci mnie uświadomili, że to był wypadek, to wtedy próbowałem sobie to tak odtworzyć w głowie – odpowiada Dawid. I dalej się zarzeka: – Nie uciekłem, byłem po prostu nieświadomy.

Sędzia Joanna Wasilewska-Mikusek wyłapywała sprzeczności w zeznaniach oskarżonego Fot. Łukasz Zboralski/brd24.pl

Sędzia Wasilewska-Mikusek też wyłapuje sprzeczności. Pyta o wszystko. Czy była linia rozdzielająca pasy, czy widział oznakowanie. Czy samochód po wypadku stał tak, że blokował ruch? No to dlaczego go nie usunął? – Bo byłem w szoku – Dawid ma wyraźny kłopot z odpowiedziami na takie pytania. Dlaczego nie wezwał lawety? – Bo byłem zmęczony. Uważałem, że o tej porze doby wezwanie lawety graniczyłoby z cudem – przekonuje.

Sędzia zauważa coś jeszcze. W pierwszych zeznaniach zaraz po wypadku Dawid F. dwa razy powiedział słowo „motocykl”, którego podobno w ogóle nie widział. Raz wymsknęło mu się, że się zderzył z motorem. Potem mówił, że samochód zatrzymał „za motocyklem”. Dawid wciąż swoje: – Wiedziałem, że to jest motor, ale już dowiedziałem się o tym od policji.

Dwie setki i dwa piwa na koniec. „Ze stresu”

Dawid po wypadku odbiegł 500 m, złapał taksówkę na aplikację. Zamówił kurs do hostelu. Po drodze zrobił przystanek na stacji paliw. Kupił dwie setki wódki i dwa piwa. – Wydaje mi się, że wypiłem to między 1 a 2 w nocy.

Dlaczego pił? Kiedy obrońca Dawida zadaje pytanie, jak sobie radzi ze stresem, czy pije wtedy alkohol, sędzia takie pytanie oddala. Bo jest sugerująca. Dawid i tak odpowiada inaczej, że w stresie to wychodzi, żeby się przejść.

Policjanci przychodzą po Dawida o 7 rano. Wtedy wydmuchuje jeszcze w alkomat 0,4 promila.

Picie alkoholu po wypadku a przed zbadaniem przez służby traktowane jest jak spowodowanie wypadku w stanie nietrzeźwości. Poprzeczka kary skacze do pułapu 5-20 lat pozbawienia wolności. Ucieczka z miejsca wypadku zaostrza karę tak samo.

Akcja ratunkowa na miejscu wypadku 10 lipca 2025 r. Źródło: Facebook/Wawa Hot News 24

Przepraszam”

Dawid F. i Mariusz P. przed sądem przyznali się do zarzucanych im czynów.

– Chciałbym przeprosić rodzinę, za tragedię, którą wyrządziłem, gdybym wiedział, nigdy bym nie wsiadł do tego samochodu. Nie będę już nigdy jeździł mimo orzeczonego zakazu – Dawid mówiąc to dwa razy spogląda na pogrążoną w żałobie Paulinę, której odebrał męża i dziecko.

Pod koniec rozprawy jego obrońca proponuje rodzinie poszkodowanych mediacje. – Żeby wyjść z tego sądu i żeby wszystkie strony były zadowolone – mówi Dawid. Za mną w ławie sądowej ktoś z rodziny szepcze wyraźnie zdegustowany „zadowolone!!!”.

Mariusz P. czyta z kartki. – Poczuwam się do odpowiedzialności, że nie zachowałem się inaczej i nie sprawdziłem, jakie są skutki wypadku. Chcę bardzo przeprosić panią Paulinę i współczuję Wam straty. Przepraszam rodzinę. Jest mi z tym bardzo źle – duka. – Po wypadku zmagam się z różnymi dolegliwościami, ale nie będę o tym mówił, bo to niestosowne – dodaje. Czy sam nie widzi, że jednak tę niestosowność wypowiada?

– Nie jestem ofiarą, ale nie jestem też złym człowiekiem – przekonuje.

Dwa wcześniejsze wyroki za brak alimentów, jedna sprawa za znęcanie się nad osobą bliską, list gończy, alkoholizm, narkomania. Jeśli nie tak wygląda „zły człowiek”, to jak? Chciałbym zapytać Mariusza, ale nie mogę. Wyprowadzają go w kajdankach po raz ostatni. Odsiedział rok, a za nieudzielenie pomocy grozi mu maksymalnie 3 lata odsiadki. Jego obrońca słusznie zauważa, że trzymanie go dłużej w areszcie zacznie być kontrowersyjne.

Prokurator Grzesik jest przeciw. Wskazuje, że obawa ucieczki wciąż istnieje i że przecież uciekł już z miejsca wypadku. Wylicza też, że za Mariuszem P. był list gończy, a on zawsze organom ścigania podawał zmyślony numer telefonu. – Jeśli nastąpi zniesienie tego środka zapobiegawczego, to wnoszę chociaż o dozór policyjny trzy razy w tygodniu i zakaz opuszczania kraju – mówi. Sędzia taki dozór i zakaz nakłada.

Choć decyzję o zakończeniu aresztu jeszcze można zaskarżyć, jest wykonywana od razu. Mariusz P. wychodzi z policjantami, ale za chwilę będzie już na wolności. Może i on wsiądzie do samochodu za kierownicę? W sądzie przyznał, że nie ma prawa jazdy, ale niedługo przed wypadkiem skończył kurs. Nie ma prawa jazdy, bo siedem razy oblał egzamin. W końcu jednak może mu się udać.

Dawid F. wraca do aresztu śledczego. Sąd zgodził się na to, by miał widzenie z osobą bliską. Po raz pierwszy od roku.

Poszkodowana rodzina nie ma poczucia, że przeprosiny, które padły na sali były szczere. Rozchodzimy się w milczeniu. Pełnomocnik rodziny nie chce mówić o sprawie, bo tak na razie uzgodnili.

Wcześniej Paulina daje mi znak, że jeśli jakieś dobro może wyjść z tej tragedii, to tylko w taki sposób, że zapobiegniemy kolejnym takim tragediom i że takich bandytów zza kierownicy będziemy wyciągać, zanim komuś kolejnemu zrobią krzywdę.

Myślę wtedy o wiceministrze sprawiedliwości, który pogrzebał pomysł publicznego rejestru osób z sądowym zakazem jazdy, bo „nie można piętnować takich ludzi”. Uważam, że zatroszczył się nie o tych ludzi, co trzeba.

Łukasz Zboralski