Connect with us
Statystyki 2026
  • Zabici w wypadkach - 814
  • Ranni w wypadkach - 14931
  • Kierowcy po alkoholu - 58306
  • Średnia liczba wypadków dziennie: 54.52
  • Średnia liczba zabitych dziennie: 3.42
  • Średnia liczba rannych dziennie: 62.74
  • Zabici w wypadkach - 814
  • Ranni w wypadkach - 14931
  • Kierowcy po alkoholu - 58306
  • Średnia liczba wypadków dziennie: 54.52
  • Średnia liczba zabitych dziennie: 3.42
  • Średnia liczba rannych dziennie: 62.74

Społeczeństwo

Bez prawa jazdy, w zepsutym aucie. Kurier w sądzie opowiedział, jak zabił dziecko

Opublikowano

-

Rozpoczął się proces Andrzeja K., który rok temu przejechał na pasach w Warszawie 14-letniego Maksyma. Na pierwszej rozprawie kierowca opowiedział o wstrząsających kulisach pracy kuriera. Twierdził, że szef firmy wiedział, iż nie ma prawa jazdy. Puszczał go w trasy autem, w którym musiał trzymać ręką stacyjkę, by samochód się nie wyłączał

Andrzej K. próbował przekonać sąd, że nie wiedział, iż najechał dziecko. – Ta praca właściwie polega na tym, że się na coś najeżdża. Jak nie ma gdzie zaparkować, to się wjeżdża na krawężniki, trawniki, nie-trawniki, wszystko – opowiadał. Fot. Krzysztof Gutkowski

To było zimowe popołudnie, 5 stycznia 2025 r. w Warszawie. 14-letni Maksym przechodził przez przejście dla pieszych na warszawskiej Woli na ulicy Ordona. Był w Polsce, bo razem z mamą uciekł przed wojną na Ukrainie.

Kiedy Maksym był na zebrze wjechał w niego rozpędzony kierowca busa firmy kurierskiej. Zabił chłopca. Nie zatrzymał się po wypadku. Policjanci zatrzymali Andrzeja K. następnego dnia po wypadku. 43-latek był pijany, miał blisko 2 promile alkoholu w organizmie.

Dziewięć razy skazywany. Dopiero ostatni sąd chciał go wsadzić

Szybko wyszło na jaw, że to recydywista, z zakazem prowadzenia pojazdów. Był dziewięciokrotnie skazywany za różne przestępstwa i dopiero ostatni wyrok okazał się karą bez zawieszenia. Wcześniej sędziowie nigdy nie chcieli go wsadzić za kratki.

W2011 r. pierwszy raz został złapany za jazdę po pijanemu. Wówczas sąd dał mu dwuletni zakaz prowadzenia pojazdów i grzywnę. Dwa lata później skazano go za kradzież – rok więzienia w zawieszeniu. W 2014 r. naruszył nietykalność cielesną funkcjonariuszy. Wyrok? Dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat. W 2021 r. za znęcanie się nad członkiem rodziny sąd dał mu… prace społeczne. Jeszcze w tym samym roku znów prowadził pojazd pijany. Karą były dwa lata prac społecznych i zakaz prowadzenia pojazdów.

W 2024 r. został złapany przewożeniu migrantów spod granicy. Wybierał dni meczów Jagielloni Białystok i przebierał ich za kibiców z pomalowanymi twarzami w barwy klubowe. I dopiero za to sąd dał mu bezwzględne więzienie, ale karę odroczył do 16 stycznia 2025 r. – czyli miał pójść za kraty dwa tygodnie po tym, jak zabił Maksyma. Dlaczego sąd odroczył wykonanie kary? Uzasadnienie, które podała “Polityka” brzmiało jak żart ze sprawiedliwości: „Nie toczyły się nowe postępowania karne, przestrzegał porządku prawnego, a ponadto opiekował się swoim synem”.

Prokuratura oskarżyła Andrzeja K. o nieumyślne spowodowanie wypadku, którego skutkiem jest śmierć osoby poszkodowanej wraz z ucieczką z miejsca zdarzenia. Zarzuciła mu też niestosowanie się do nałożonych przez sąd środków karnych – zakazu kierowania pojazdami. Usłyszał też dwa zarzuty dotyczą łamania nałożonego przez sąd zakazu zbliżania się do byłej partnerki oraz kierowania gróźb karalnych.

“Wtedy poczułem, że po czymś przejechałem”

Andrzej K. stanął przed Sądem Rejonowym dla Warszawy Woli we wtorek (25 sierpnia). Z zezań, które złożył wynika, że w firmie kurieskiej zatrudniony był od kilku lat. Jak wcześniej ujawnił portal brd24.pl – pracował dla partnera amerykańskiego giganta UPS.

“Możemy potwierdzić, że pojazd należący do partnera serwisowego uczestniczył w śmiertelnym wypadku w Warszawie 3 stycznia 2025 r. Nasi partnerzy serwisowi są niezależnymi firmami i oczekujemy, że będą przestrzegać prawa i przepisów. Są oni starannie wybierani, a my kontrolujemy naszych partnerów w zakresie dozwolonym w celu zagwarantowania naszych wysokich standardów” — przekazał wówczas brd24.pl rzecznik prasowy UPS. Amerykańska firma nie chciała jednak odpowiedzieć, ilu kurierów w Polsce pracuje na umowach o pracę oraz jak kontroluje to, czy kierowcy posiadają uprawnienia do kierowania.

Andrzej K. stwierdził przed sądem, że jego szef wiedział o tym, iż nie ma prawa kierować pojazdami (pracodawca kuriera zeznwał będzie na kolejnej rozprawie w październiku). Początkowo K. ze względu na swoje doświadczenie w tej firmie przyuczał nowych pracowników. Jednak po kilku miesiącach zaproponowano mu, aby wrócił do samodzielnego rozwożenia paczek w rejonie warszawskiej dzielnicy Wola.

Próbował przekonać sąd, że w cale nie uciekł z miejsca wypadku, tylko w ogóle nie miał świadomości, że przejechał dziecko. Twierdził, że w jego samochodzie panował straszny hałas.

– Jechałem al. Prymasa Tysiąclecia. Przed skrętem w Bema zrobił się straszny korek. Pomyslałem sobie, że papierosy sie skończyły, chciałem skoczyć w lewo na stację, zjeść kanapkę. Stamtąd na magazyn. Jak skręciłem, zrobiłem zawrotkę, skrecając w prawo… Tam jest hałas w tym busie. W standardzie jest tak, że można w busie przejść z miejsca kierowcy na pakę. Jak są te drzwi otwarte, to jest straszny hałas – relacjonował – Po 16 zrobiło sie ciemno i zaczął padać deszcz. Wtedy poczułem, że po czymś przejechałem. Popatrzyłem w lusterka i nic nie widziałem.

Okolica przejścia, w którym 3 stycznia 2025 r. zginął 14-letni Maksym Fot. Krzysztof Gutkowski

“Ta praca polega na tym, że na coś się najeżdża. Na krawężniki, trawniki, na wszystko”

Z zeznań K. przed sądem wyłania się też wstrząsający obraz pracy kurierów, którzy rozwożą paczki dla branżowych gigantów.

Oskarżony przyznawał m.in, że za kierownicą busa siadał w pracy nawet wówczas, gdy ze względu na kontuzję miał nogę w gipsie. W dodatku jeździł niesprawnym samochodem. Także tego feralnego popołudnia. – Jak włączałem kierunkowskaz w prawo, to musiałem trzymać stacyjkę, bo inaczej gasły mi swiatła i wycieraczki. Musiałem być skupiony na paru rzeczach na raz: paczki, kierunkowskaz, stacyjka. Wszystko by mi zgasło – zenzał Andrzej K.

Obrońca oskarżonego mec. Adrian Zagórski dopytywał go, jak często w swojej pracy najeżdżał na jakiś obiekt. – Bardzo często. Ta praca właściwie polega na tym, że się na coś najeżdża. Jak nie ma gdzie zaparkować, to się wjeżdża na krawężniki, trawniki, nie-trawniki, wszystko – przyznał Andrzej K.

Policjantom mówił, że jechał 60-70 km/h, przed sądem twierdził, że 40-50 km/h

Kiedy na sądowej sali pytano o okoliczności wypadku, Andrzej K. wiele razy zaprzeczał swoim wcześniejszym zeznaniom. Mówił, że było inaczej niż opowiedział policjantom zatrzymany po wypadku. Wtedy twierdził, że poruszał się z prędkością ok. 60-70 km/h. Mówił też, że po uderzeniu w chłopca pojechał do swojego wujka, gdzie wypił ok. 2 litrów alkoholu (wódki i wina).

– Ja nie pamiętam, że coś takiego podpisywałem – dziwił się protokołowi, który podpisał w dniu aresztowania. – Nie wypiłem tyle, bo bym umarł. Wypiłem ze dwie szklanki wina – prostował z kolei informacje o ilości spożytego alkoholu.

W sądzie zaprzeczał też, by jechał ok. 70 km/h w chwili wypadku. A ile jechał? – Nie wiem, ale nie szybko – stwierdzió. Musiałem zmieniać kierunek, 40-50 km/h, ale nie pamietam. Wcześniej myślałem, że jechałem 70 km/h, ale jak to analizowałem, to nie mogłem tyle jechać – uznał.

Zarzucił też policjantom, że to oni w dniu zatrzymania dali mu butelkę wódki. I że był przez nich bity w radiowozie.

– Na komendzie dostałem informację, że zabiłem człowieka. Wtedy do mnie to doszlo. Policjanci w cywilu powiedzieli, żeby przynieść butelkę wódki. Żebym się nie przekrecił. Dali mi to wypić. Nie czułem, co to było. Przez całe przesluchanie które trwało do 3-4 rano nie bralem żadnych środków. Policja namawiała mnie na to, żebym to powiedział, żeby wzięli mnie za ćpuna albo alkoholika. Pamiętam, że to była 4 rano. Wypiłem wódkę. I potem pojechalem do aresztu – opowiadał.

Mama Maksyma: “Życie straciło sens”

W dalszej części rozprawy zeznawali świadkowie: żołnierz zawodowy, który udzielał pierwszej pomocy chłopcu oraz mieszkaniec pobliskiego bloku, który odnalazł w nagraniach ze swojego samochodu nagranie poszukiwanego po zdarzeniu samochodu dostawczego sprawcy, co pomogło w poszukiwaniach i zatrzymaniu sprawcy.

Na samym końcu tego dnia procesu przesłuchiwana była matka zabitego Maksyma. Obrońca oskarżonego, adw. Adrian Zagórski zadał jej wiele pytań. Dopytywał m.in., czy Maksym posiadał kartę rowerową. – On w ogóle nie jeździł rowerem – odpowiadała kobieta. To jednak obrońcy nie wystarczało. Dalej dopytywał, czy chłopiec zdał egzamin na kartę rowerową.

Mama zabitego chłopca opowiedziała też o dramatycznym wieczorze, gdy po raz ostatni widziała syna. – Zadzwonila do mnie koleżanka Maksyma. Jej wyświetlała się lokalizacja Maksyma. Oni mieli sie spotkać, ale on nie przyszedł. Wiedziała, skąd Maksym miał przyjść i wyszła mu na spotkanie. Zobaczyła policję i zrozumiała, że coś sie stało. Zadzwoniła do mnie – relacjonowała kobieta. Wspominała, że kiedy dowiedziała się, iż lokalizacja telefonu syna wskazuje na szpital, miała nadzieję, że to jakiś błąd.

– Wezwałam taksówkę. Pojechałam do szpitala, gdzie spotkałam policję. Funkcjonariusze nie chcieli mi powiedzieć co sie dzieje. Domyśliłam się, że oni nie wierzyli, że jestem mamą Maksyma – relacjonowała. – Po jakimś czasie wezwano mnie na identyfikacje. Wtedy widziałam syna po raz ostatni. Oddychał, ale już nie żył.

Kobietę pytano też, jak zmieniło się jej życie po tej tragedii: – Życie straciło sens, ale w związku z tym, że mam córkę, to muszę żyć – odpowiedziała.

Krzysztof Gutkowski