Connect with us
Statystyki 2026
  • Zabici w wypadkach - 372
  • Ranni w wypadkach - 6395
  • Kierowcy po alkoholu - 28157
  • Średnia liczba wypadków dziennie: 42.4
  • Średnia liczba zabitych dziennie: 2.86
  • Średnia liczba rannych dziennie: 49.19
  • Zabici w wypadkach - 372
  • Ranni w wypadkach - 6395
  • Kierowcy po alkoholu - 28157
  • Średnia liczba wypadków dziennie: 42.4
  • Średnia liczba zabitych dziennie: 2.86
  • Średnia liczba rannych dziennie: 49.19

Społeczeństwo

Z boiska prosto na drogę. Uczymy rowerzystów gorzej niż kierowców

Opublikowano

-

W Polsce trwa właśnie próba naprawienia systemu szkolenia i egzaminowania kierowców, który jest przestarzały i bezsensowny. Tymczasem jest jeszcze gorszy system: karta rowerowa. Egzaminujemy w nim dzieci na szkolnych boiskach, a potem puszczamy je w ruch miejski na drogi

Egzamin na kartę rowerową w Jaworznie Fot. Policja
Egzamin na kartę rowerową w Jaworznie Fot. Policja

Jeśli egzamin na prawo jazdy kategorii B jest reliktem przeszłości w Polsce, to egzamin na kartę rowerową jest epoką kamienia łupanego.

Cały ten absurd zaczyna się już na poziomie podstawowych definicji. Zgodnie z Prawem o ruchu drogowym dziecko do 10 lat poruszające się rowerem pod opieką osoby dorosłej w świetle przepisów w ogóle nie jest rowerzystą, formalnie traktuje się je jak pieszego.

Konsekwencje tego zapisu są groteskowe. Sześciolatek, który pewnie kręci pedałami i bez problemu rozpędza się do kilkunastu kilometrów na godzinę, ma obowiązek poruszać się chodnikiem. Na ciągach pieszo-rowerowych (znak C-13/16), po jednej stronie idą piesi, po drugiej jadą rowerzyści. I co robi ustawodawca? Zmusza dziecko z rowerem do jazdy po stronie dla pieszych, czyli tam, gdzie z definicji nie powinno być żadnego pojazdu. Maluch lawiruje między spacerowiczami, wyprzedza wózki, wymija starsze osoby, a co chwilę, bo tak właśnie działa dziecko na rowerze, zjeżdża na pas rowerowy wprost pod koła nadjeżdżającego dorosłego. Przepisy wymuszają zachowanie, które jest mniej bezpieczne niż to, co podpowiada zdrowy rozsądek.

Jako pieszy dziecko powinno poruszać się lewą stroną drogi, gdy jedzie poboczem lub jezdnią. Jak ujmuje to Fundacja Mobilności Aktywnej w swoim 111-stronicowym dokumencie „Koncepcja nowego systemu szkolenia rowerzystów w Polsce i zmian w przepisach prawa”, przekazanym w grudniu 2025 r. do Ministerstwa Infrastruktury i Ministerstwa Edukacji Narodowej: wszyscy łamią te przepisy dla bezpieczeństwa swoich dzieci. Podczas zajęć praktycznych z uczniami bardzo mało jest świadomości, że taki obowiązek poruszania się lewą stroną jezdni w ogóle istnieje i go dotyczy.

Przepisy dopuszczają sytuację, w której pięcioletnie dziecko jedzie poboczem po lewej stronie drogi (jako pieszy), a jego rodzic jedzie po drugiej stronie jako rowerzysta. Nikt przy zdrowych zmysłach tak nie jeździ, bo żaden rodzic nie puści małego dziecka samego po przeciwnej stronie szosy. Ustawodawca uznał jednak, że to wariant w pełni legalny i nie warto go uściślić. Mamy więc przepis, który w teorii pozwala oddzielić opiekuna od dziecka strumieniem samochodów. Te przepisy nie wymagają korekty. Wymagają napisania od nowa.

Rodzic nie nauczy

I tu dochodzimy do najbardziej absurdalnej konsekwencji całego tego bałaganu. Rodzic w Polsce nie może legalnie uczyć własnego dziecka, jak prawidłowo poruszać się po drodze. Wyjeżdżamy ze strefy zamieszkania, gdzie maluch mógł jechać całą szerokością drogi. Po chwili napotykamy znak „zakaz wjazdu” z tabliczką „nie dotyczy rowerów”. Dla dorosłego rowerzysty sytuacja czytelna, można jechać. Dla dziecka? Zakaz. Musi zjechać na chodnik, bo formalnie jest pieszym. Tu zaczyna się prawdziwy problem. Wpajamy dziecku przez kilka lat odruch, że skoro istnieje chodnik, to jest jego miejsce. Po dziesiątych urodzinach mówimy mu, że teraz wszystko na odwrót. Zafundowaliśmy własnym dzieciom kilkuletni kurs nieprawidłowych nawyków. Trudno wskazać pedagoga, który uznałby to za sensowną metodę nauki czegokolwiek.

Zdolności motoryczne dzieci powyżej piątego roku życia na rowerze nie mają absolutnie nic wspólnego z ruchem pieszych. Już czterolatek potrafi osiągać prędkości, przy których poruszanie się częścią dla pieszych tworzy realne zagrożenie. Przepisy powinny traktować dziecko na rowerze pod opieką dorosłego jako rowerzystę, z możliwością korzystania z chodnika, gdy opiekun uzna to za stosowne ze względu na wiek dziecka i natężenie ruchu. Decyzja powinna należeć do rodzica, nie do ustawodawcy, który napisał ten przepis najpewniej nie mając przed oczami żadnego dziecka na rowerze.

Za stary na pieszego, za młody na rowerzystę

Dziecko rośnie i w końcu kończy 10 lat. I tu zaczyna się prawdziwy problem. Z dnia na dzień traci status pieszego, ale karty rowerowej jeszcze nie posiada. Ustawa o kierujących pojazdami wymaga od osoby poniżej 18 lat posiadania karty rowerowej lub prawa jazdy odpowiedniej kategorii, aby mogła legalnie poruszać się rowerem po drogach publicznych. Teorii dzieci uczą się na lekcjach techniki, praktyki ćwiczą na wychowaniu fizycznym.

Egzaminy na kartę rowerową organizowane są w klasie IV szkoły podstawowej, najczęściej w maju lub czerwcu.

Fundacja Mobilności Aktywnej opisuje typową sytuację: dziecko, które poszło do szkoły jako siedmiolatek, kończy 10 lat w połowie III klasy. IV klasę rozpoczyna mając prawie 11 lat, a do egzaminu w maju czy czerwcu czeka jeszcze kilka miesięcy. Od dziesiątych urodzin do dnia egzaminu mija ponad 500 dni, w których dziecko nie jest już traktowane jako pieszy, ale nie może legalnie poruszać się rowerem po drogach publicznych, bo nie ma uprawnień. I takich przypadków, jak potwierdzają autorzy Koncepcji na podstawie wieloletnich zajęć w szkołach, jest mnóstwo.

Egzamin na boisku, jutro na skrzyżowanie

Rozporządzenie w sprawie uzyskiwania karty rowerowej określa, że część praktyczna egzaminu przeprowadzana jest „w miejscu wyznaczonym przez dyrektora szkoły podstawowej, umożliwiającym sprawdzenie niezbędnych umiejętności praktycznych”. W praktyce jest to boisko szkolne. Bywa, że sala gimnastyczna.

Dziecko uczy się więc teorii na lekcjach techniki, rozłożonych w czasie na przestrzeni wielu tygodni. Ćwiczy podstawowe manewry na zamkniętym terenie na wychowaniu fizycznym. Zdaje egzamin w środowisku, w którym nie ma samochodów, nie ma sygnalizacji świetlnej, nie ma przejść dla pieszych, nie ma skrzyżowań z pierwszeństwem przejazdu, nie ma rond. A następnego dnia po zdaniu wątpliwego egzaminu ma prawo samodzielnie wyjechać na ruchliwe skrzyżowanie. System najpierw zabrania jakiejkolwiek nauki w warunkach drogowych, a potem wypuszcza dziecko na drogę bez choćby godziny praktycznego doświadczenia.

Rozporządzenie wymaga przy tym, by zdający „prawidłowo wykonał co najmniej 90 proc. manewrów i nie stwarzał zagrożenia dla ruchu drogowego”. Jak można zweryfikować stwarzanie zagrożenia dla ruchu drogowego na boisku szkolnym, gdzie nie ma żadnego ruchu drogowego? Ale nie można też dopuścić dziecka do ruchu drogowego, bo nie ma uprawnień…

Czas na zmianę

Fundacja Mobilności Aktywnej od lat prowadzi praktyczne zajęcia rowerowe w ruchu drogowym z uczniami szkół podstawowych. Ich doświadczenie jednoznacznie pokazuje, że dzieci potrzebują kontaktu z prawdziwą drogą, a nie z namalowanym na boisku skrzyżowaniem.

W przekazanym do obu ministerstw dokumencie postulują m.in. uznanie dziecka na rowerze za kierującego rowerem od momentu nauki jazdy, z możliwością poruszania się po drogach pod opieką dorosłego. Proponują wprowadzenie praktycznych egzaminów w ruchu drogowym, wzorowanych na modelu holenderskim, gdzie egzamin odbywa się na prawdziwych ulicach. I zmianę podstawy programowej tak, by uwzględniała realne przygotowanie do jazdy w ruchu drogowym. Kierunek tych zmian jest jedynym rozsądnym wyjściem.

System szkolenia kierowców budzi uzasadnione zastrzeżenia i toczy się o niego debata. Ale kursant kategorii B jeździ po prawdziwych drogach. Przyszły rowerzysta nie ma nawet tego. Zaczynamy od fundamentów i już na tym etapie system zawodzi.

Andrzej Łapa

Czytaj dalej
Reklama