Connect with us
Statystyki 2026
  • Zabici w wypadkach - 890
  • Ranni w wypadkach - 16013
  • Kierowcy po alkoholu - 62723
  • Średnia liczba wypadków dziennie: 55.4
  • Średnia liczba zabitych dziennie: 3.52
  • Średnia liczba rannych dziennie: 63.29
  • Zabici w wypadkach - 890
  • Ranni w wypadkach - 16013
  • Kierowcy po alkoholu - 62723
  • Średnia liczba wypadków dziennie: 55.4
  • Średnia liczba zabitych dziennie: 3.52
  • Średnia liczba rannych dziennie: 63.29

Społeczeństwo

Polscy kierowcy muszą zgadywać, co jest skrzyżowaniem. To pułapka do mandatów

Opublikowano

-

Duża część ulic w miastach wygląda jak zwykłe drogi, ale jest drogami wewnętrznymi. Nie tworzy więc skrzyżowań. Kierowcy czasem nie mają szans tego dostrzec. Za to dostają mandaty. Ministerstwo Infrastruktury uznało, że obecne przepisy są „jasne i klarowne” i niczego zmieniać nie trzeba

Kierowca zna podstawową zasadę: skrzyżowanie odwołuje znak ograniczenia prędkości czy zakazu postoju. Problem zaczyna się wtedy, gdy państwo tworzy system, w którym kierowca nie wie, czy to, co widzi, jest skrzyżowaniem.

Polskie Prawo o ruchu drogowym w pełnym zakresie obowiązuje na drogach publicznych, w strefach ruchu i strefach zamieszkania. Tymczasem ogromna część ulic wyglądających jak zwykłe miejskie drogi z nazwami, znakami, skrzyżowaniami, asfaltową nawierzchnią i normalnym ruchem formalnie okazuje się drogami wewnętrznymi.

Kierowca widzi ulicę. Ale polskie prawo widzi… status własnościowy. I niestety od tego statusu zależy, czy obowiązuje „skrzyżowanie”, czy zakaz nadal trwa, czy można ukarać kierowcę, albo czy w ogóle stosować pełne przepisy ruchu drogowego.

Ministerstwo Infrastruktury odpowiada: wszystko jest jasne. W praktyce policjant, strażnik miejski, sąd i kierowca często muszą najpierw ustalić status drogi. To absurd.

Rzeszów: miasto pozornych skrzyżowań

Ten system prawny tworzy pułapki dla kierowców. Oto kilka przykładów z Rzeszowa. Rejon ulic Kopaczewskiego i Sucharskiego przy kampusie WSIZ pokazuje problem w skali mikro.

Rzeszów, rejon ulicy Kopaczewskiego. Kierowcy dostają kary za złamanie zakazu postoju. Myślą, że odwołało go skrzyżowanie, ale nie są w stanie zobaczyć, że to droga wewnętrzna, która nie tworzy krzyżowania Źródło: Google Maps

Kierowcy parkujący przy ulicy dostają mandaty za zakaz postoju ustawiony kilkaset metrów wcześniej. Problem polega na tym, że jadąc od strony ul. Broniewskiego nie mają możliwości legalnie zobaczyć znaku, jeśli nie cofną się pod prąd ulicą jednokierunkową.

Po drodze mijają coś, co wygląda jak zwykłe skrzyżowanie – nazwana ulica, asfalt, znaki, normalny wjazd i wyjazd. Intuicyjnie kierowca zakłada więc, że zakaz został odwołany. Tyle, że nie. Bo według interpretacji miasta i służb to droga wewnętrzna, a więc mimo że wygląda jak normalna ulica to nie tworzy skrzyżowania w rozumieniu przepisów.

Pytanie brzmi: skąd przeciętny kierowca ma to wiedzieć? Czy naprawdę państwo oczekuje, że przed zaparkowaniem obywatel pójdzie kilkaset metrów sprawdzić oznakowanie, a następnie ustali status prawny przecinającej ulicy?

Skrzyżowanie czy nie? To zależy od tajnej wiedzy

Takich miejsc są w Polsce tysiące. W samym Rzeszowie wątpliwości budzą między innymi przecięcia ulic Lewakowskiego i Solarza, Asnyka z Sobieskiego w centrum miasta, okolice ulicy Kozienia łączącej się z al. Powstańców Warszawy przy sygnalizacji świetlnej, a także rejon ulic Ustrzyckiej i Wadowickiej.

Przecięcie ulicy Ustrzyckiej i Wadowickiej w Rzeszowie. To nie jest skrzyżowanie. A skąd kierowcy mają o tym wiedzieć? Źródło: Google Maps

Na tym ostatnim przykładzie kierowca może uznać, że przecięcie ulic odwołuje ograniczenie prędkości 30 km/h. Problem? Wadowicka – mimo nazwy i wyglądu normalnej ulicy – ma status drogi wewnętrznej i formalnie skrzyżowania nie tworzy.

Podobnych miejsc nie brakuje także przy ulicach Dymnickiego czy Konarskiego w ścisłym centrum miasta.

Ścisłe centrum Rzeszowa. Przecięcie ulicy Bernardyńskiej i Konarskiego. To nie jest skrzyżowanie Źródło: Google Maps

Sąd kierowca ma wiedzieć, czy przecięcie ulicy odwołuje znak? Takie sytuacje na polskich drogach to prawna loteria.

„Sprawdźcie sobie w internecie”

Najbardziej zdumiewające jest jednak to, jakie rozwiązanie proponują drogowcy. Miejski Zarząd Dróg w Rzeszowie miał sugerować kierowcom sprawdzanie statusu ulic… na stronie internetowej.

Czyli jadąc przez miasto i mijając przecinającą ulicę kierowca powinien zatrzymać się, wyjąć telefon, wyszukać mapę zarządcy, sprawdzić kategorię drogi, ustalić własność i dopiero wtedy zdecydować, czy zakaz nadal obowiązuje. Brzmi jak żart, ale dobrze pokazuje skalę systemowego absurdu.

Przepisy ruchu drogowego mają być czytelne „tu i teraz”, a nie wymagać analiz prawnych i kartograficznych.

Służby też się w tym gubią

Chaos jest tak duży, że gubią się na tych „niby skrzyżowaniach” nie tylko kierowcy. To wyzwanie dla policji, straży miejskiej, biegłych i sądów.

Zamiast reagować na zagrożenie albo egzekwować przepisy, służby często muszą najpierw ustalać, czy dana droga podlega pełnemu reżimowi Prawa o ruchu drogowym.

Czy to droga publiczna?

Czy droga wewnętrzna?

Czy ustanowiono strefę ruchu?

Czy skrzyżowanie w ogóle istnieje prawnie?

To nie jest normalne funkcjonowanie systemu bezpieczeństwa ruchu drogowego. To administracyjny chaos.

Patrzę na ten problem również jako instruktor nauki jazdy i zadaję sobie bardzo niewygodne pytanie: jak mam uczyć młodych ludzi szacunku do prawa drogowego, jeśli system sam podważa jego przewidywalność?

Na kursie tłumaczymy proste zasady: znak obowiązuje do skrzyżowania, trzeba obserwować drogę, przewidywać sytuację i stosować się do oznakowania. Co mam powiedzieć kursantowi, gdy to, co wygląda jak skrzyżowanie, formalnie nim nie jest, bo jedna z ulic okazuje się drogą wewnętrzną? Mam uczyć, że oprócz patrzenia na znaki powinien jeszcze znać status własnościowy każdej przecinającej ulicy?

W młodym człowieku powinienem budować zaufanie do zasad: widzisz znak, rozumiesz go, wiesz, kiedy przestaje obowiązywać. Tymczasem w praktyce uczymy ludzi, że czasem przepisy zależą od czegoś, czego nie da się rozpoznać na miejscu, a odpowiedzi trzeba szukać w urzędowych mapach lub interpretacjach zarządcy drogi.

Jeśli przepisy wydają się nieczytelne albo arbitralne, trudno budować kulturę szacunku wobec znaków i zasad ruchu drogowego. Szacunek do prawa zaczyna się od jego przewidywalności. Bo jeśli prawo ma działać, obywatel musi wiedzieć, gdzie obowiązuje. Bez zgadywania.

Wniosłem o zmianę prawa

W tej sprawie postanowiłem zadziałać. Wysłałem do Ministerstwa Infrastruktury petycję i zawnioskowałem o zmiany.

Po pierwsze, zaznaczyłem, że Konwencja wiedeńska o ruchu drogowym (ratyfikowana przez Polskę w 1984 r. i obowiązująca nasz kraj) definiuje drogę jako powierzchnię „otwartą dla ruchu publicznego”, niezależnie od statusu własnościowego. Proste i działa!

Dlatego wniosłem w petycji o prostą nowelizację: „by Ministerstwo Infrastruktury podjęło prace legislacyjne zmierzające do zmiany art. 1 ustawy „Prawo o ruchu drogowym” tak, by brzmiał mniej więcej w następujący sposób:
>>Przepisy ustawy stosuje się do ruchu odbywającego się na każdej drodze lub terenie otwartym dla ruchu publicznego, niezależnie od formalnego statusu drogi<<„.

Zaproponowałem też wprowadzenie regulacji wykonawczych lub rozporządzeń, które ułatwią oznaczenie dróg wewnętrznych jako „strefy ruchu” lub inne rozwiązania zapewniające jasność stosowania PoRD. A także przeprowadzenie kampanii informacyjnej skierowanej do zarządców dróg wewnętrznych, by zgłaszali je jako strefy ruchu zgodnie z jednolitą krajową zasadą.

Ministerstwo: jest dobrze, nic nie musimy zmieniać

Na moją petycję odpisała oficjalnie Joanna Czartowska, zastępca dyrektora Departamentu Transportu Drogowego. Uznała, że proponowane zmiany są niezasadne.

Przedstawicielka resortu wskazała, że są znaki D-52 „strefa ruchu” i D-40 „strefa zamieszkania”. I te powinny być stosowane. Wniosek? „Obecnie obowiązujące przepisy w sposób jednoznaczny i klarowny regulują kwestię ustanawiania stref ruchu i stref zamieszkania na drogach wewnętrznych”.

Formalnie to prawda, tyle, że w praktyce ogromna liczba dróg otwartych publicznie nigdy tak oznaczona nie została. A polskie prawo nie daje możliwości nikomu ukarać zarządcy drogi za brak oznakowania czy oznakowanie błędne.

Kategorycznie odrzucono to, co w Konwencji Wiedeńskiej zostało zapisane i ułatwiłoby kierowcom rozumienie skrzyżowań.

„Należy się natomiast zdecydowanie sprzeciwić postulatowi, zgodnie z którym >>jeśli droga
jest otwarta publicznie to jest z mocy ustawy publiczna<<” – czytamy w odpowiedzi na petycję – „Przede wszystkim należy pamiętać, że drogą publiczną jest droga zaliczona na podstawie ustawy o drogach publicznych do jednej z kategorii dróg, z której może korzystać każdy, zgodnie z jej przeznaczeniem, z ograniczeniami i wyjątkami określonymi w tej ustawie lub innych przepisach szczególnych. Droga publiczna służy wszystkim, bliżej nieokreślonym uczestnikom ruchu drogowego i nie może być traktowana jako obiekt przynależący wyłącznie do nieruchomości czy gruntu usytuowanych w jej bezpośredniej bliskości. Zgodnie zaś z art. 2 ustawy o drogach publicznych, drogi publiczne ze względu na funkcje w sieci drogowej dzielą się na następujące kategorie: drogi krajowe, drogi wojewódzkie, drogi powiatowe, drogi gminne. Każda kategoria drogi publicznej pełni określone funkcje w systemie dróg publicznych. Tym samym nie można wprowadzać wyłomów w zakresie zaliczania każdej „otwartej publicznie” drogi wewnętrznej do dróg publicznych, przede wszystkim ze względu na jej funkcję w systemie dróg, ograniczoną dostępność i status własnościowy”.

Dla Ministerstwa Infrastruktury wszystko jest więc jasne i niczego zmieniać nie potrzeba. Tylko dla kierowców w praktyce wciąż na drodze wszystko pozostanie niejasne. Czy to dobre rozwiązanie?

Rafał Baran,
autor jest instruktorem nauki jazdy