Connect with us
Statystyki 2026
  • Zabici w wypadkach - 906
  • Ranni w wypadkach - 16361
  • Kierowcy po alkoholu - 64137
  • Średnia liczba wypadków dziennie: 55.48
  • Średnia liczba zabitych dziennie: 3.51
  • Średnia liczba rannych dziennie: 63.41
  • Zabici w wypadkach - 906
  • Ranni w wypadkach - 16361
  • Kierowcy po alkoholu - 64137
  • Średnia liczba wypadków dziennie: 55.48
  • Średnia liczba zabitych dziennie: 3.51
  • Średnia liczba rannych dziennie: 63.41

Społeczeństwo

Odcinkowe pomiary z informacją o ograniczeniu, a fotoradary nie. Dlaczego?

Opublikowano

-

Ministerstwo Infrastruktury ogłosiło wielki projekt badawczy. Na znakach odcinkowych pomiarów zacznie dodawać informację, jaki jest obowiązujący limit prędkości. To dlaczego nie doda tego też na znakach ostrzegających przed fotoradarami? Przecież to brak konsekwencji

Wiceminister infrastruktury Stanisław Bukowiec dodaje w mediach społecznościowych radosną informację dla kierowców, że na znaku rozpoczynającym odcinkowy pomiar prędkości podawane będzie też ograniczenie prędkości obowiązujące na tym odcinku drogi (z lewej). Jednak tabliczka ostrzegająca przed fotoradarem wciąż nie będzie podawać takiej informacji (z prawej). Źródło: Facebook/Stanisław Bukowiec/brd24

Wyjaśnię to od początku, żeby nie było nieporozumienia: nie jestem przeciwny dodawaniu na znakach ostrzegających o pomiarach prędkości informacji, z jaką prędkością maksymalnie można tam jechać. Ani mnie to ziębi, ani grzeje. Nic z tego nie będzie wynikało. I skoro akurat Polska – w przeciwieństwie do innych krajów – postanowiła w ogóle ostrzegać kierowców, że w konkretnych miejscach nie powinni przekraczać prędkości, to nie ma znaczenia, że im dodamy na znakach, jakiej prędkości nie mogą przekraczać.

Od lat szkolę kierowców, także tych z olbrzymim stażem i widzę ten kłopot – nie orientują się zupełnie w podstawowych limitach prędkości na polskich drogach. Po pierwsze dlatego, że tych limitów jest za dużo (ale tu już żaden minister od dwóch dekad nie miał na tyle odwagi i rozumu, żeby uprościć je do trzech). Po drugie, dlatego, że jeżdżą totalnie bez zwracania uwagi na znaki i patrzą jedynie na tych, którzy jadą wokół nich – a ci zwykle jadą po prostu za szybko.

Nawet w drobiazgach brak myślenia systemowego

I ja naprawdę mam gdzieś, że senator KO Krzysztof Kwiatkowski lansuje się od dwóch tygodni w sieci, że to on wpadł na taki wspaniały pomysł. Nie będę się pastwił nawet nad tym, jakie głupoty wygaduje – że poprawi to bezpieczeństwo, że nie będzie nagłych manewrów – czy nad bon motami rodem sprzed dwóch dekad w stylu „Państwo nie jest od łupienia kierowców, a od przypominania o obowiązujących przepisach”.

Skoro senator Kwiatkowski dostrzegł taką drogę zdobycia głosów wyborców, jego sprawa. Skoro minister infrastruktury Dariusz Klimczak i jego wiceminister Stanisław Bukowiec wybrali taką drogę zdobywania poparcia, ich sprawa.

Ja tylko pytam: na litość boską, dlaczego nawet w tak nieznacznych, błahych sprawach, nie potrafią myśleć konsekwentnie i systemowo?!

Skoro kierowcy – podobno – nagle w Polsce tracą zmysły widząc znak rozpoczynający odcinkowy pomiar i zaczynają albo gwałtownie przyspieszać, albo hamować, albo w ogóle nie wiadomo co (przyjmując za senatorem Kwiatkowskim) i uspokoi ich dopiero podanie na tacy, ile powinni jechać maksymalnie po drodze, to dlaczego mamy im pomagać wyłącznie na dłuższych odcinkach?

Przecież przed fotoradarami (przyjmując za senatorem Kwiatkowskim) musi wydarzać się taki sam armagedon. Biedni kierowcy, którzy nie wiedzą, ile jechać, nagle szarpią, przyspieszają, zwalniają i stwarzają niebezpieczeństwo.

To dlaczego zmienimy w Polsce przed wyborami parlamentarnymi tylko znaki odcinkowych pomiarów prędkości? Dlaczego na znaku D-51 nie będzie informacji, jaki w tym miejscu na drodze obowiązuje limit prędkości? Oj… kierowcy mogą poczuć się dotknięci. Tym bardziej, że fotoradarów jest prawie 500, a odcinkowych pomiarów zaledwie trochę ponad 100. Czy kierowcy wyborcy nie odczytają tego źle?

Czekam na kolejny „projekt badawczy” i postulaty senatora Kwiatkowskiego

Cały ten pomysł jest zresztą niekonsekwentny dużo bardziej. Już tłumaczę, dlaczego.

Moje tysiące prób badawczych na szkoleniach kierowców jasno wskazują, że spora część w ogóle nie wie, jaki limit wprowadza znak D-40 „Strefa zamieszkania”. Niektórzy zakładają, że w miejscu, gdzie dzieci mogą bawić się na ulicy, można jechać beztrosko 50 km/h. Inni już lepiej – celują w 30 km/h. A naprawdę przecież można tam maksymalnie 20 km/h.

Czy nie bardziej w strefie zamieszkania warto byłoby kierowców informować o limicie niż w strefie automatycznych pomiarów? W tej drugiej strefie grozi tylko mandat, w tej pierwszej – szybsza jazda może doprowadzić do tragedii. Jeśli zatem naprawdę chodzi o informowanie kierowców i bezpieczeństwo (przyjmując za senatorem Kwiatkowskim), mam nadzieję, że zgłosi kolejną inicjatywę i będziemy mieli również w Polsce „projekt badawczy” nowego znaku D-40, o takiego:

Taki projekt znaku „Strefa zamieszkania” dawałby kierowcom od razu informację o limicie prędkości w tej strefie Fot. brd24.pl

Na tym nie musimy kończyć. Wciąż spotykam nie tak małą liczbę kierowców, którzy podczas testów wykładają się na limicie prędkości w obszarze zabudowanym. Choć od lat jest to jeden limit przez całą dobę (50 km/h), to wielu kierowców z dziesiątkami lat za kółkiem i milionem kilometrów na liczniku głęboko wierzy, że wciąż po godzinie 23 można w zabudowanym jechać 60 km/h.

I znów – skoro prędkość o 10 km/h większa zmniejsza szanse przeżycia pieszego w wypadku z samochodem z 50 proc. do 10 proc. , to czy dodanie informacji o limicie prędkości na znakach „Obszar zabudowany” nie byłoby ważniejsze niż dodawanie ich na znakach informujących o automatycznych pomiarach?
Jeśli zatem naprawdę chodzi o bezpieczeństwo (przyjmując za senatorem Kwiatkowskim), to powinien wystąpić z inicjatywą nowego znaku D-42 w ramach „projekt badawczego”. I taki znak powinien wyglądać następująco:

Taki projekt znaku „Obszar zabudowany” przypominałby od razu kierowcom, ile maksymalnie mogą jechać Fot. brd24.pl

Możemy tę litanię ciągnąć dłużej. Bo niby dlaczego nie przypominać na znaku „Autostrada” limitu 140 km/h? Albo na znaku „Droga ekspresowa” limitu 120 km/h? A zwłaszcza dlaczego by nie uświadamiać na początku dróg ekspresowych jednojezdniowych, że – niespodzianka dla 90 proc. kierowców – limit tam jest inny i wynosi 100 km/h? No i dlaczego na drogach dwujezdniowych poza obszarem zabudowanym nie dodać specjalnego znaku oznaczającego takie drogi i wskazującego, że limit – znów niespodzianka dla 90 proc. kierowców – wynosi tam 100 km/h?

Co właściwie zbada Ministerstwo Infrastruktury

Chciałem zapytać, co właściwie będzie obiektem badania, gdy uruchomiony zostanie „projekt badawczy” nowego znaku odcinkowego pomiaru prędkości. Jednak resort nie pozwolił mi jako dziennikarzowi uczestniczyć w posiedzeniu Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, na której ten projekt omawiano i na której podobno zyskał poparcie.

Mogę się z każdym założyć, że ten „projekt badawczy” nie zbada niczego. Albowiem trzeba by mieć najpierw jakąś diagnozę tego, co rzekomo dzieje się na fragmentach dróg z odcinkowymi pomiarami prędkości. Takich danych nie ma, są tylko opowieści senatora Kwiatkowskiego, które – bez urazu – oparte o rzekome sygnały od kierowców są wątpliwym dowodem naukowym.

To dlaczego nazwano to „projektem badawczym”? Już tłumaczę. Bo wprowadzenie nowego znaku zmusza ministra do zmiany Rozporządzenie Ministrów Infrastruktury oraz Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie znaków i sygnałów drogowych. Trzeba by napisać projekt prawa i go przyjąć. A tak – można postawić „oznakowanie doświadczalne” w ramach „projektu badawczego”.

Łukasz Zboralski