Społeczeństwo
„Mi jest przykro, że tak się stało”. Krzysztof po pijaku urwał dziecku nogę. Więzienie wcale go nie zmieniło
Opublikowano
1 godzinę temu-
przez
luzKrzysztof M. nigdy nie miał prawa jazdy, za to jeździł pijany i po narkotykach po Puławach. Wpadł w latarnię, która zmiażdżyła nogę dwuletniej Natalii. Niecałe dwa lata po wyjściu z więzienia znów jechał pijany i łamał dożywotni zakaz. Kilka miesięcy temu wyszedł na wolność. Natalia nigdy nie odzyska sprawności

„Aaaaaa…. Krzysztof M.?!” – słyszę w telefonie, gdy proszę Sąd Rejonowy w Puławach o dostęp do akt sprawy wypadku. Dziwi mnie to, bo jego sprawa nie była aż tak głośna. Przestaję się dziwić, gdy wchodzę do czytelni miejscowego sądu i zgięty w ławce (ta czytelnia jest jednocześnie salą rozpraw) wertuję jego papierową przeszłość. Rejestr skazań sięga wczesnej młodości. Krzysztof nie raz stawał przed sędzią udowadniając, że nie potrafi porządnie żyć.
Nastolatek, który robił źle
Jeszcze jako 16-latek przewija się w rejestracji do jednej ze spraw dotyczących bójki lub pobicia innej osoby. Rok później trafia już przed sąd z aktem oskarżenia. Został złapany z narkotykami lub środkami psychotropowymi. Musiało być ich niewiele, bo kara była tylko za posiadanie, raczej na własny użytek. Wydział Grodzki Sądu Rejonowego w Puławach chciał młodemu człowiekowi dać szansę. W 2007 r. skazał Krzysztofa na sześć miesięcy pozbawienia wolności, 500 zł grzywny i dozór kuratora. Wyrok uprawomocnił się w 2008 r.
Najwyraźniej kurator nie panował nad podopiecznym. Bo już w 2009 r. Krzysztof ponownie trafia przed oblicze sądu. Zniszczył cudzą rzecz, mniejszej wagi, jednak ten ktoś chciał ścigania sprawcy. Wyrok w 2010 r. nakazuje mu zapłacić 1 tys. zł.
W 2011 r. Krzysztof ma już 21 lat, nadal jedynie gimnazjalne wykształcenie i zaczyna zajmować się… wyłudzeniami. Z rozmachem. Bo Sąd Rejonowy w Puławach w 2012 r. skazuje go za ciąg takich przestępstw na rok i sześć miesięcy więzienia, 600 zł grzywny. I choć sędzia ma przed sobą młodego człowieka, którego życie najwyraźniej coraz bardziej się wykrzywia, zawiesza mu karę na cztery lata.
No, ale skoro wisi nad nim jeszcze zawieszona kara za przestępstwo narkotykowe, to chyba jednak kraty go nie miną? No nie miną. Trafia do Zakładu Karnego Grądy Woniecko. Jest tam zaledwie 43 dni. Sąd Okręgowy w Łomży decyduje, że tamtą karę Krzysztof może odbywać z elektroniczną bransoletką na nodze.
5 zł rodzinnej niezgody
Pięć lat później Krzysztof M. kręci się dalej po Puławach. Siedzi na bezrobociu po krótkim wypadzie do pracy do Szwecji. Związał się z Adrianną C. Ona też nie pracuje. Dostaje pieniądze z MOPS-u i świadczenia na jedno własne dziecko i jedno z Krzysztofem. Ma za to samochód VW Bora. Ma to za dużo powiedziane – oficjalnie to samochód jest własnością jej ojca Ryszarda. To auto, którego podobno Krzysztof nie prowadzi, bo nigdy nie zrobił prawa jazdy. Choć chwali się partnerce, że jeździć akurat potrafi.
12 maja 2017 r. Krzysztof zaprowadza jedno z dzieci do przedszkola. Potem razem z konkubiną ruszają samochodem, bo chcą go zatankować. Tak przynajmniej relacjonuje Adrianna C., gdy siedzi o 16.00 w puławskim komisariacie przed mł. asp. Ernestem Cywką. To jemu opowiada, że zamiast zatankować auto, z Krzysztofem ruszyli w miasto. W sklepie chciał od niej 5 zł. Nie dostał. Zdenerwował się i wyszedł.
Zobaczyła go około godziny 12. Był u swojej mamy. Stał na balkonie jej mieszkania i palił papierosa. Zszedł do niej i tym razem pojechali zatankować samochód, a potem ona poszła po dziecko do przedszkola, a on z drugim dzieckiem prosto do domu. I znów awantura. Bo kobieta zauważyła, że zdążył zabrać jej 4 zł. „Bo sobie wziąłem” – rzucił krótko w kłótni i wyszedł.
A jak wrócił o 14.40 to już był pijany. „Według mojej oceny Krzysztof nie ma problemu z nadużywaniem alkoholu, chociaż w ostatnim czasie coraz częściej wracał pod wpływem” – zeznała Adrianna C.
Krzysztof pewnie nie miał też problemu z agresją. Tylko po prostu był akurat pijany i zły, bo zabrał jej kluczyli od Volkswagena. „Próbowałam wyrwać mu, ale się nie udało, bo mnie odepchnął” – opisywała Adrianna C. Upadła na dziecko.
Lusterkiem po plecach
Ludzie z Puław widzą, że przed godziną 15 Krzysztof kilkukrotnie podjeżdża szarym Volkswagenem na osiedle. I nie jeździ wolno, ani prosto. Niewiele brakuje, by jego ofiarą została nastoletnia Daria, która tego dnia szła z koleżanką Zuzanną na osiedle, na które zajeżdża pijany Krzysztof.
Zuzanna opowie o tym puławskiej policji następnego dnia. Opowie, jak szły razem z autobusu i w okolicy ronda widziały w srebrnym aucie Krzysztofa. Zuzanna rozpoznała go bez trudu, bo kolegował się z kimś z jej rodziny.
Krzysztof z impetem zajechał w osiedlową drogę, gdzie obie maszerowały. A potem, gdy wracały na przystanek, znów jechał. Za blisko ludzi. „Widziałam, jak ten pojazd zahaczył Darię w okolice pleców, lusterkiem. Daria mi od razu powiedziała, że poczuła draśnięcie i pokazała mi plecy. Widziałam drobne rozcięcie na jej plecach” – opowiedziała Zuzanna.
Po kilku następnych krokach usłyszały huk. I pobiegły w to miejsce.
19 sekund nieszczęścia
To, co zdarzyło się później, trwało sekundy. Utrwaliło się na monitoringu miejskim, który puławscy policjanci zabezpieczyli już następnego dnia.
13 maja tuż przed północą film obejrzał st. sierż. Paweł Kowalczyk. Odnotował, co widział, po kolei, zgodnie z czasem zapisanym na nagraniu:
15.00.06
Srebrny VW najeżdża na latarnię na chodniku przy ul. Wólka Profecka i ją przewraca. Latarnia upada na trzy osoby. Dwie zostają pod nią, trzecia tylko uderzona.
15:00:15
Kierowca wysiada, podchodzi do pierwszej osoby bliżej niego i próbuje pomóc się jej podnieść. Biegną już świadkowie do miejsca wypadku.
15:00:27
Oko kamery się przekręca. Gdy wraca na tę samą pozycję po 2 minutach i 5 sekundach, kierowcy i auta już tam nie ma.
„Nie płacz mamo”
Zuzanna i Daria dobiegły na miejsce wypadku jako jedne z pierwszych. Na chodniku siedziała pani Gosia, mama dwójki dzieci. „Niech ona żyje, moja Natalka!” – krzyczała. Ranna dwulatka tylko łkała. Sześciolatek próbował odnaleźć się w tym koszmarze: „Nie płacz mamo!” – pocieszał własną matkę.
Pani Małgorzata była przerażona. Nie mogła wstać. Podnieśli ją dopiero ratownicy.
„Podeszłam do matki tych dzieci, gdyż znam ją z widzenia i próbowałam ją uspokoić. Ona myślała, że jedno z tych dzieci, jej córka, nie żyje. Była w szoku” – tak zapamiętała te chwile mieszkanka Puław Patrycja W.
A przecież ten dzień zaczął się zupełnie dobrze. Poszła zaprowadzić sześcioletniego Patryka na zajęcia, zabrała z sobą dwuletnią córeczkę.
„Trzymałam Natalię za rączkę, syn szedł bezpośrednio za nami” – odtwarzała te chwile dzień po wypadku przed policjantami. „W pewnym momencie zauważyłam jadący z dużą prędkością samochód. Zatrzymałam się z dziećmi na chodniku pomiędzy latarnią a śmietnikami. (…) Pamiętam, powiedziałam do syna, żeby uważał, bo jedzie ten samochód jak wariat. Myślałam, że pojedzie prosto, ale bez ostrzeżenia skręcił nagle w naszą stronę, wjechał na chodnik i uderzył w latarnię. Po chwili poczułam, jak leżę na brzuchu, na masce tego samochodu. Później zeszłam z maski i zobaczyłam, że syn leży w okolicy słupa latarni. Nie pamiętam, gdzie znajdowała się w ogóle córka. Wpadłam w panikę, zaczęłam krzyczeć (…) Na miejscu zdarzenia nie widziałam Natalki. (…)”.
Natalka była. Nie mogła się nawet poruszyć, bo leżała na niej uliczna latarnia, którą ściął z piskiem opon volkswagen Krzysztofa.
„Oczyszczałem jej twarz ze śliny, krwi i piachu”
Sąsiad pani Małgorzaty, który usłyszał huk i wyskoczył z bloku, pobiegł ją ratować. Inni świadkowie unieśli słup, a on wyciągnął spod niego małą dziewczynkę. „Przeniosłem dziecko najdelikatniej jak mogłem na trawnik. Potem jej pilnowałem. Oczyściłem jej twarz ze śliny, krwi i piachu” – opowiadał Tomasz R. policjantom. W sądzie dopowiedział: „Miała zakrwawione spodnie, troszeczkę krwi jej z buzi leciało, strasznie to wyglądało. Ledwo co oddychała. Wyjmowaliśmy jej z buzi jedzenie, udrażnialiśmy”.
Zajmował się dzieckiem do czasu, aż przyleciał po małą śmigłowiec LPR i zabrał ją do szpitala w Lublinie. Był tak zajęty, że tylko słyszał, jak ludzie krzyczeli, że kierowca ucieka.
– Coś Ty narobił! – wrzeszczała do Krzysztofa M. inna z sąsiadek, którą pisk opon i huk też przyciągnęły na miejsce tragedii. Nic nie powiedział, odwrócił się, wsiadł do auta i odjechał.
Natalka na OIOM. Noga, śledziona, wątroba, nerka
Pani Małgorzata straciła tylko kawałek zęba, no i doświadczyła bolesnego stłuczenia kręgosłupa. Mały Patryk zamiast dojść na zajęcia dla dzieci pojechał z ratownikami karetką do miejscowego szpitala w Puławach. Lekarze obejrzeli go dokładnie. Na szczęście skończyło się na siniakach, otarciach naskórka i przerażeniu.
Z Natalką jest jednak źle. Tuż po wypadku policjanci dzwonią do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Lublinie. Dziewczynka jest na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej. Była natychmiast operowana. Złamana noga, obrażenia jamy brzusznej: „wątroba, śledziona, nerka”.
„Nieokreślony uraz mózgowo czaszkowy, stłuczenie płuc, stłuczenie wątroby, stłuczenie prawej nerki, rany uda lewego, rany dołu podkolanowego lewego, rana lewego dołu łokciowego oraz złamanie kości udowej z uszkodzeniem tętnicy udowej i ostrym niedokrwieniem lewego podudzia. Zaintubowana – w zw. z zagrożeniem ostrą niewydolnością oddechową” – odnotowują dwa dni po wypadku lekarze opiniujący w sprawach karnych z Instytucja Specjalistyczna Sp. z o. o. Lublin.

„Szkoda tylko tych dzieci”
Kiedy lekarze ratują życie Natalce, Krzysztof dojeżdża rozbitym Volkswagemen do Dęblina. Jeden z mieszkańców porządkujący piwnice od razu zauważa auto, którego tam nigdy nie było. Gdy wieczorem idzie do swojego garażu, zaczepia go jakiś pobudzony młody mężczyzna. „Gdzie są kluczyki od bory!” – wydziera się zalatując alkoholem. Zdarzenie jest tak dziwne, że inny z sąsiadów nagrywa to telefonem.
Kolejni świadkowie mówili, że Krzysztof chciał, żeby mu pomogli otworzyć auto. Widocznie gdzieś zgubił kluczyki. Ostatecznie rozbił boczną szybę od kierowcy, ale nigdzie nie pojechał. Poszedł piechotą na przystanek.

Wrócił do Puław. Sąsiadowi zwierzył się, że chyba pójdzie siedzieć, bo potrącił jakiegoś faceta. „Wydawał mi się przybity” – odnotował sąsiad. Gdy Krzysztof wychodzi od niego, policjanci są już przed blokiem. Nakładają kajdanki. Jest godzina 18.19. „Szkoda tylko tych dzieci” – mówi Krzysztof.
W policyjny alkomat wydmuchuje kolejno podczas serii pomiarów: 1,50 promila; 1,7 promila; 1,39 promila; 1,41 promila.
Tyle stężenia miały dać dwie butelki piwa i trzecia, wypita do połowy. Specjaliści medycyny sądowej szacują, że w chwili wypadku mógł mieć nawet 2,18 – 2,74 promila. Chyba, że rzeczywiście pił tuż przed zdarzeniem, wtedy – co najmniej 1,8 promila. Taką łagodną dla Krzysztofa wersję przyjmuje potem sąd.
Ale to nie wszystko. Ci, których zaczepiał w Dęblinie, mieli nosa. Bo oprócz alkoholu w organizmie Krzysztof miał też narkotyki. THC w stężeniu, jakie odpowiada stanowi po alkoholu w przedziale 0,2 – 0,5 promila.
Policjantom udało się to wydobyć od biegłych z Instytut Ekspertyz Sądowych im. Prof. dra Jana Sehna w Krakowie, których poprosili o analizę. Dwa razy ich poganiali pismami. Aż biegli odpisali, że jak się policjantom z Puław nie podoba, to mogą sobie znaleźć inny instytut, bo oni mają dużo pracy…
Krzysztof zostaje zatrzymany. Policja odnotowuje strój: biała bluza z żółtymi paskami, czarny podkoszulek, niebieskie spodnie, sportowe buty Nike.

Gdy wytrzeźwieje, następnego dnia – 13 maja – o godzinie 21.32 zostaje przesłuchany. Mł. asp. Grzegorz Deszczak pisze, że był już karany, bo sam oświadcza, że dopuszczał się wyłudzeń. No, trochę przemilczał. Co najmniej dwa wyroki.
Bezrobotny, pracuje dorywczo, zarabia ok. 3 tys. zł miesięcznie – notuje dalej funkcjonariusz. Tego wątku nikt z policji i śledczych już nie pociągnie dalej. W Polsce można być bezrobotnym, ale mieć dochód na poziomie 3 tys. zł miesięcznie. Można pracować w szarej strefie, bez umów, podatków. Można tak zatrudniać ludzi bez strachu, skoro ci ludzie potem opowiadają to policji i nikomu nie chce się już sprawdzić, kto zatrudniał i kto płacił pod stołem. Przecież to sprawa wypadku, a nie naprawiania całego państwa…
Krzysztof policjantom do wszystkiego się przyznaje. Odmawia jednak składania zeznań. Zaznacza, że ewentualne złoży, jak będzie miał adwokata. I że będzie chciał się dobrowolnie poddać karze.
Zarzuty: spowodowanie wypadku drogowego w stanie nietrzeźwości i zabór mienia wartego 1700 zł.
Zabór mienia?
Halo, bo mój były facet…
Mienie warte 1700 zł to Volkswagen bora. Ten sam, który na zlecenie policji ogląda już biegły Tadeusz Zarychta. Chcą, żeby powiedział, czy plastikowe szczątki w miejscu wypadku odpadły właśnie od tego auta i czy było sprawne techniczne.
Pan Tadeusz bada plastikowe elementy przez pięć godzin. Przez siedem godzin robi fotografie i pisze opinię. Tak, znaleziona na ulicy kratka wlotu powietrza do zderzaka, pochodzi od tego VW. Koszt analizy: 422 zł i 80 gr.
Kolejnych 498,15 zł biegły inkasuje za badania pojazdu z montażem i demontażem części. Robił to pięć godzin, włącznie z pisaniem opinii. Stwierdził, że samochód nie odpowiadał warunkom dopuszczenia do ruchu, bo występowały brak światła pozycyjnego tylnego lewego i brak jednego światła oświetlenia tablicy rejestracyjnej. Zarychta zauważa jednak, że te usterki „nie miały żadnego wpływu na zaistnienie i przebieg tego wypadku”.
Dodatkowy zarzut „zaboru mienia” policjanci stawiają Krzysztofowi M., bo godzinę przed tym, jak policjanci go złapali, jego konkubina przyszła sama po raz kolejny na komisariat. O godzinie 17.14 policjant KPP Puławy mł. asp. Grzegorz Deszczak odnotowuje wtedy zawiadomienie Adrianny C.: „Żądam ścigania Krzysztofa M. za dokonanie zaboru w celu krótkotrwałego użycia pojazdu VW Bora”.
Przekonuje, że dzwoniła w tej sprawie, gdy Krzysztof przemocą zabrał jej kluczyki. W aktach sprawy jest nawet potwierdzający to stenogram rozmowy z 12 maja, którą odnotowało Wojewódzkie Centrum Powiadamiania Ratunkowego. Całość twa minutę i 27 sekund.
Andrianna C.: „Chciałam zgłosić, że mój były facet przyszedł do domu zabrał mi kluczyki od samochodu i jeździ pijany nim (…) To jest mój były facet, to jest ojciec mojego dziecka, nie jesteśmy razem już”.
Operator WPCR: „Dobrze, ja przekaże zgłoszenie na policję.”
Jest tylko jeden problem. Adrianna C. dzwoniła tam o 15.08. Czyli prawie osiem minut po wypadku, gdy dostała już od koleżanki na messengerze pytanie o to, czy Krzysztof jeździł volkswagenem, bo właśnie ktoś spowodował wypadek.
31 maja Adrianna zresztą nagle zmienia zdanie i pisze do Prokuratury Rejonowej w Puławach: „oświadczam, że cofam wniosek o ściganie mojego konkubenta”. Tłumaczy, że targały nią wówczas wielkie emocje. A przecież mają dzieci. Jedno wspólne. Ona nie chce niszczyć tego związku. I rzeczywiście, chyba nie chce. Całe akta sądowe przeplatają jej odręczne prośby o to, by podczas tymczasowego aresztowania Krzysztof mógł widzieć się z nią i dziećmi.
Na cofnięcie takiego wniosku musi się jednak zgodzić prokurator. A prokurator Barbara Wasiewicz się nie zgadza. Łaskawsza będzie za to sędzia Teresa Czajewska, która potem na rozprawie wyraża zgodę na cofnięcie wniosku o ściganie w tym zakresie. I ten zarzut ze sprawy zniknie.
„Mi jest przykro, że tak się stało”
14 maja prokurator Wasiewicz przesłuchuje Krzysztofa M. Treść zarzutów zrozumiał, przyznał się. Chce składać wyjaśnienia. „Nie, po przemyśleniu stwierdzam, że nie będę składał wyjaśnień” – rzuca po chwili.
Prokurator wszczyna śledztwo dotyczące spowodowania wypadku drogowego, w którym ktoś poniósł ciężki uszczerbek na zdrowiu, spowodowanego prowadzeniem pojazdu w stanie nietrzeźwości. I jeszcze 14 maja wnioskuje do sądu o tymczasowy areszt na trzy miesiące.
Na rozprawie aresztowej – tego samego dnia – Krzysztof wyraża skruchę. „Mi jest przykro, że tak się stało. Ja chciałbym tę rodzinę przeprosić. Ja uciekłem z tego względu, bo byłem w strasznym szoku. Wszystko w sprawie jest jasne” – mówi.
Jego adwokat Waldemar Misiak wnioskuje, by aresztu nie stosować. Sędzia Piotr Mogielnicki ma inne zdanie, wskazuje m.in., że półtora miesiąca przed wypadkiem Krzysztof M. był za granicą i może chcieć tam uciec. No i nie przesłuchano jeszcze wszystkich świadków, w tym dwóch małoletnich – istnieje obawa, że sprawca wypadku mógłby na nich wpływać.
Krzysztof dostaje trzy miesiące aresztu, a Zakład Karny w Opolu Lubelskim dostaje nakaz jego przyjęcia.
On coś widział w oknie, a Natalce obcięli nóżkę
Zanim sprawa trafi do sądu, w czerwcu adwokat Krzysztofa M. wnioskuje o przesłuchanie członków jego najbliższej rodziny „na okoliczności związane ze stanem psychicznym, w jakim się znajdował podejrzany”. Ten, kto zna zabiegi adwokatów, od razu domyśla się tej drogi – a nóż uda się pójść w niepoczytalność?
Zeznają po kolei wszyscy. Mama Krzysztofa opowiada, że miał złe dzieciństwo i przemocowego ojca, który sam siedzi w więzieniu za znęcanie się nad rodziną. I że kiedyś wziął zbyt dużo leków psychotropowych przez co w 2007 r. wylądował na OIOM. To samo wspomina siostra Krzysztofa: „kilka razy lądował w szpitalu. Ledwo go lekarze uratowali jak zażył psychotropy”.
Adrianna C. chce, by konkubenta zbadali psychiatrzy. „Była taka sytuacja, że leżeliśmy wieczorem w łóżku i on nagle powiedział, żebym przyszła do kuchni. Jak spytałam po co, to że on coś widzi w oknie (…) Budził mnie w nocy i pytał, czy ja go dusiłam (…) On wyglądał na takiego człowieka, jakby go coś męczyło, ale nie chciał powiedzieć co. On był nawet na mszy uzdrawiającej, ale nie pamiętam kiedy i gdzie”.
Tylko ojciec konkubiny wyłamuje się z tej współczującej narracji: „Nasza rodzina nie utrzymywała z nim bliższych stosunków. Nie uznawaliśmy tego związku ze względu na reputację, jaką miał”.
W czerwcu zeznania składa też Tomasz, mąż pani Małgorzaty, ojciec dwuletniej Natalki. Przychodzi, bo żona nie mogła się stawić. Mówi, że lekarze nie dali uratować nóżki jego córeczki. Musieli amputować.
Pięć dni później Prokuratura Rejonowa w Puławach zmienia zarzuty wobec Krzysztofa M. – uzupełnia je o spowodowanie ciężkiego kalectwa u dziecka.
Ostatniego dnia czerwca prokuratura powołuje biegłego psychologa. Adwokat dopiął swego. Psycholog Katarzyna Biernacka ma wypowiedzieć się co do poczytalności Krzysztofa M. Wniosków, które zapisała nie mogę poznać. Są w aktach w zamkniętej kopercie. Do zamkniętych kopert dziennikarzom zaglądać nie wolno. Nie muszę. Na kolejnych kartach widzę, że proces się rozpoczął i Krzysztof odpowiada jak człowiek, który w momencie popełnienia przestępstwa był poczytalny.
„Synek chce zostać policjantem”
Pierwsza rozprawa oskarżonego Krzysztofa M. odbywa się 3 października 2017 r. Sprawę prowadzi sędzia Teresa Czajewska.
Adwokat kierowcy wnioskuje o to, by sprawdzić, jaka była wytrzymałość ulicznej latarnii. Sędzia oddala ten wniosek. Uznaje, że nie ma to znaczenia dla rozstrzygnięcia sprawy. „Tym bardziej, że oskarżony wjechał na chodnik, latarnie zaś nie są skonstruowane jako bariery chroniące pieszych przed pojazdami, a ich wytrzymałość obliczona jest – jak wynika z akt na siłę wiatru” – wskazuje.
Krzysztofowi nadal jest przykro za to, co zrobił. „Sam mam dwójkę dzieci i zdaję sobie sprawę, jaka tragedia się wydarzyła. Gdybym mogł cofnąć czas, to bym to z chęcią zrobił. Przepraszam” – wyznaje na sali.
Mama Natalki mówi, że mała wciąż leczy się w poradni ortopedycznej oraz pozostaje pod opieką psychologa. W szpitalu mała prosiła, by zakrywać kikut kocykiem tak, jakby nie chciała widzieć tego, że nie ma już nóżki. „Jak przechodzimy koło tego miejsca, to pamięta ten wypadek. Syn też pamięta, chce być policjantem” – mówi pani Małgorzata. Natalka czeka wtedy jeszcze na swoją pierwszą protezę.
Na kolejnej rozprawie – 24 października – świadkowie nic nowego już nie mówią. Sędzia Czajewicz zamyka przewód sądowy. Prokurator żąda dla Krzysztofa dziewięciu lat więzienia, 5 tys. zł i zakazu prowadzenia pojazdów na trzy lata.
Oskarżyciel posiłkowa chce więcej – 12 lat więzienia i 20 tys. zł na rzecz dziewczynki.
W listopadzie sędzia wznawia jeszcze przewód sądowy, żeby utwierdzić się we wnioskach co do zawartości alkoholu w organizmie Krzysztofa. Eksperci podtrzymują swoją opinię.
Pięć lat i sześć miesięcy
16 stycznia 2018 r. sędzia Teresa Czajewicz uznaje Krzysztofa M. winnym. Skazuje go na pięć lat i sześć miesięcy bezwzględnego więzienia. Orzeka wobec niego dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów. Chce też, by zapłacił 20 tys. zł dla Natalii – to częściowe zadośćuczynienie za krzywdę, którą jej wyrządził.
Tych pieniędzy Natalia prawdopodobnie nigdy nie dostanie. Skarb Państwa nie wydębił nawet swoich 2 tys. zł kosztów sądowych. Właściwie podatnicy ponieśli dodatkowo koszty z próbą egzekucji tego od człowieka zamkniętego w więzieniu – bo sędzia Marek Stachoń musiał 14 listopada 2018 r. rozpatrzeć zamianę kary grzywny na więzienie. Umarza. Jego praca nie była darmowa. Tak jak praca kolejnego sędziego – Michała Krasowskiego, który 1 marca 2019 r. skierował polecenie egzekucji 5 tys. zł grzywny od wciąż zamkniętego Krzysztofa M. To skończyło się jedynie wynagrodzeniem 12 zł i 10 gr dla komornika Macieja Smolaka, który stwierdził bezskuteczność egzekucji.
Prokuratura apelowała w sprawie Krzysztofa M. domagając się jednak dziewięciu lat więzienia. Sąd Okręgowy w Lublinie rozpatrzył apelację 5 czerwca 2018 r. Przewodnicząca – sędzia Magdalena Kurczewska-Śmiech oraz sędziowie: Aneta Świdzińska-Kozieł, Dorota Dobrzańska utrzymali wyrok pierwszej instancji w mocy.
Termin zakończenia kary dla Krzysztofa M. upływał 7 listopada 2022 r.
610 dni
9 lipca 2024 r. o godzinie 9.30 sierż. sztab. Konrad Bielec z Puław dostaje służbową dyspozycję – ma pojechać na stację Orlen na ul. Lubelskiej 47. Świadkowie zawiadomili służby, że przed dystrybutor zajechał tam osobowym Audi A6 pijany kierowca.
Funkcjonariusze na miejscu zastają Krzysztofa M. Doskonale przecież go znają. Wiedzą, że ma dożywotni zakaz. Okazuje się przy okazji, że jest poszukiwany do odbycia kary zastępczej jednego dnia aresztu.

Krzysztof zostaje zakuty w kajdanki. Potem tak dmucha w alkomat, żeby żadne z badań nie pokazało wyniku. Zawożą go na SOR. Tam stawia opór i trzeba go obezwładnić, by pobrać mu krew do badania. Dopiero na komendzie daje się namówić na prawidłowe dmuchnięcie w alkomat – 1,66 promila.
Właściciel auta Dawid K. opowiada, że tego dnia wraz z Krzysztofem zaszli do niedawno poznanej Oli D. Przyszli o 6 rano, a Ola postawiła żołądkową gorzką. Dawid z nią pił, ale Krzysztof w ogóle, nic. Potem Krzysiek chciał auto, więc on mu je dał. I Krzysiek gdzieś pojechał z Olą. Spotkał ich przy „Kebabie u szwagra”, wsiadł na tylne siedzenie i nie miał pojęcia, że jego znajomy jedzie pijany.
9 sierpnia kom. Ernetst Cywka zarzuca Krzysztofowi M. prowadzenie pojazdu w stanie nietrzeźwości i złamanie dożywotniego zakazu prowadzenia pojazdów.
Następnego dnia Krzysztofa przesłuchuje podkom. Paweł Wojda. Krzysztof do wszystkiego się przyznaje, ale odmawia składania wyjaśnień. Odmawia też prokuratorowi.
10 lipca 2024 r. prokurator Anna Koma-Bociańska składa do Sądu Rejonowego w Puławach wniosek o aresztowanie Krzysztofa M. na dwa miesiące. „Stwierdzić należy, że zachowanie Krzysztofa M. pomimo poprzednio prowadzonego postępowania i uprzedniej karalności nie zmieniło się, a okoliczności sprawy wskazuje, że postawa podejrzanego stanowi niewątpliwe zagrożenie dla bezpieczeństwa zdrowia i życia innych uczestników ruchu w stopniu wysokim” – uzasadnia.
Sędzia Aneta Milczek tego samego dnia zgadza się na taki środek zapobiegawczy. Zakład Karny w Opolu Lubelskim dostaje nakaz przyjęcia Krzysztofa M. Minęło 610 dni odkąd go tam nie było.
18 października 2024 r. Sąd Rejonowy w Puławach rozpoczyna – którą to już w historii Krzysztofa? – rozprawę główną. Obrońca oskarżonego Tomasz Piechnik wnosi o skazanie jego klienta przez przeprowadzania postępowania dowodowego i wymierzenie mu roku i dziewięciu miesięcy pozbawienia wolności oraz orzeczenie dożywotniego zakazu prowadzenia pojazdów (to będzie już podwójne dożywocie…) i przepadek 19.9 tys. zł, czyli równowartości Audi A6. Bo wówczas obowiązuje już prawo dotyczące konfiskaty pojazdów pijanym kierowcom – gdy nie są właścicielami, płacą równowartość samochodu. Prawo to zmieni dopiero w styczniu 2026 r. nowelizacja przeprowadzona przez Ministerstwo Sprawiedliwości.
Prokurator Anna Koma-Bociańskia zgodziła się na taki wymiar kary. Sędzia Michał Krasowski też się zgadza i taki wyrok wydaje.
W styczniu 2025 r. obrońca Krzysztofa M. składa jednak apelację od wyroku, w którym jego klient dostał taką karę, o jaką wnioskował. Twierdzi, że z monitoringu Orlen wcale nie wynika, że to Krzysztof M. kierował Audi A6. Prezes Sądu Rejonowego w Puławach odmawia przyjęcia apelacji, bo… nie uzupełniono w niej w terminie braków formalnych.
Służba Więzienna oblicza precyzyjnie koniec kary Krzysztofa M. Zgodnie z tym wyliczeniem wychodzi na wolność 25 kwietnia 2026 o godz. 9:45.
Polska – dzięki zmianom prawa wymuszonym przez obywateli – przestała łagodnie traktować kierowców łamiących sądowe zakazy. Nie dostają już kar w zawieszeniu.
Nie zmieniło się tylko to, że system nadal obciąża podatników próbując bezsensownie egzekwować pieniądze od ludzi, od których wcześniej mu się nie udało nic odzyskać. 6 sierpnia 2026 r. naczelnik urzędu skarbowego wskazał sądowi, że Krzysztof nie zapłacił ani 11 tys. zł zaległych kar, ani 19,9 tys. zł. Odbyło się tradycyjnie – komornik Maciej Smolak otrzymał 21,98 zł za stwierdzenie, że egzekucja jest bezskuteczna.
Mała Natalia ma dziś 11 lat. Nadal nie ma nogi. Ma protezę.
Pomaga jej Fundacja Po Prostu Pomagam. Jednak nawet pierwsza zbiórka, na której próbowano zgromadzić 15 tys. zł nie zakończyła się uzbieraniem pełnej kwoty: LINK DO ZBIÓRKI
Łukasz Zboralski




