Społeczeństwo
Przerażająca patologia egzaminatorów. Kulisy oblanych egzaminów na prawo jazdy w Polsce
Opublikowano
46 minut temu-
przez
Andrzej ŁapaEgzaminatorzy na prawo jazdy często bezpodstawnie oblewają kursantów. Jeden z nich dał wynik negatywny, bo schował kluczyk w kieszeni i kursant nie mógł uruchomić auta. Portal brd24.pl dotarł do dokumentów w sprawach unieważnionych egzaminów. Są szokujące. A to tylko kropla w morzu oszustw, bo nieliczni kursanci decydują się zaskarżenie wyniku.

Po niezdanym egzaminie na prawo jazdy w Polsce kursant może taki egzamin zaskarżyć, jeśli uważa, że został skrzywdzony. Kontrolują to wówczas urzędy marszałkowskie. Portal brd24.pl jako pierwszy dotarł do dokumentów, w których urzędy marszałkowskie w 2025 r. unieważniały niesłusznie zakończone egzaminy na prawo jazdy kategorii B. Opisane w nich metody i zachowania egzaminatorów na prawo jazdy w Polsce szokują.
Redakcja brd24.pl zapytała wszystkie 16 urzędów marszałkowskich o skargi dotyczące egzaminów przeprowadzonych w 2025 r. W całej Polsce było ich 928. Za zasadne uznano 70, czyli 7,54 proc. (Mazowieckie – 215 skarg, 17 zasadnych. Śląskie – 123 skargi, pięć zasadnych. Łódzkie – 101 skarg, cztery zasadne. Małopolskie – 99 skarg, 13 zasadnych. Dolnośląskie – 72 skargi, trzy zasadne. W Wielkopolsce oficjalnie odnotowano zaledwie dwie skargi.
Warto zauważyć, że liczba skarg – przy ogromnej skali egzaminów w Polsce – jest uderzająco niska. Powody są dwa. Po pierwsze, kursanci nie zawsze wiedzą, że mogą zaskarżyć wynik egzaminu. Często nie są też świadomi tego, że zostali oszukani przez egzaminatora – bo nie znają tak dobrze prawa i zasad. Po drugie, kandydaci kwestionujący egzamin często są zapraszani przez egzaminatora nadzorującego w ośrodku i po obejrzeniu nagrania przyjmują proponowany im za darmo kolejny termin podejścia – wówczas ograny nadzoru w ogóle nie dowiadują się o patologii, do której doszło.
Egzaminator schował kluczyk, kursant nie mógł uruchomić auta. Wynik: negatywny
Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego w Warszawie, wrzesień 2025 r. Kandydat rozpoczyna egzamin na placu manewrowym. Ma ruszyć samochodem i wykonać tzw. łuk” czyli jazdę pasem ruchu do przodu i do tyłu. Próbuje uruchomić silnik, ale samochód nie chce współpracować. W pojeździe rozlega się sygnał akustyczny, a zdający zwraca egzaminatorowi uwagę, że auto nie wykrywa kluczyka.
Egzaminator stoi na zewnątrz pojazdu. Pierwszą próbę ocenia negatywnie, potem negatywnie ocena drugą. Egzamin wynikiem negatywnym. „Zdaniem egzaminatora egzaminowany nieumiejętnie operował sprzęgłem podczas ruszania z miejsca, co skutkowało wystawieniem oceny negatywnej” – czytamy w dokumencie opisujących sytuację.
Kontrola urzędu marszałkowskiego wskazała, że egzaminator nawet nie podjął próby sprawdzenia, dlaczego samochód nie reaguje tak, jak powinien. „Egzaminator nie zareagował w celu wyjaśnienia problemu” – stwierdza urząd. Mimo sygnału akustycznego i mimo uwag samego zdającego, że samochód nie wykrywa kluczyka, egzaminator nie próbował ustalić przyczyny problemu. Zamiast tego przyjął własną wersję wydarzeń.
Najbardziej absurdalne okazało się jednak to, co ujawniło nagranie. „Kluczyk od samochodu egzaminacyjnego znajdował się w kieszeni egzaminatora, zamiast być w pojeździe” – przyznał egzaminator nadzorujący. I dlatego kandydat nie mógł uruchomić samochodu.
Czy egzaminator mógł stwierdzić na miejscu, że błąd leży po jego stronie i pozwolić wykonać od nowa całe zadanie? – Oczywiście! Powinien to zrobić! Może powiedzieć: “przepraszam, pomyliłem się. Miałem kluczyk w kieszeni, nie mógł Pan dokonać skutecznego uruchomienia silnika” – komentuje Tomasz Matuszewski, egzaminator i wicedyrektor Wojewódzkiego Ośrodku Ruchu Drogowego w Warszawie. – Egzaminator powinien sprawdzić dlaczego ten pojazd się nie uruchamia, a nie od razu uznać, że się nie uruchamia, bo człowiek nie potrafi tego zrobić – dodaje.
Gdyby zdający nie złożył skargi, w systemie pozostałby zwykły wynik negatywny. Kandydat nie potrafił uruchomić samochodu i koniec historii. Ten kandydat na szczęście zaskarżył przebieg egzaminu, a urząd marszałkowski egzamin unieważnił.
„Obie próby wykonane prawidłowo” – wynik negatywny
Jeden z egzaminów, przeprowadzony w sposób, który trudno nazwać inaczej niż patologicznym, odbył się w Bydgoszczy. Kandydatka prawidłowo przygotowała się do jazdy, bezbłędnie pokonała tzw. łuk na placu manewrowym, a następnie przystąpiła do ruszania na wzniesieniu. Kryteria są tu jasne: samochód nie może stoczyć się o więcej niż 0,2 m, a silnik nie może zgasnąć.
Ruszyła pierwszy raz i usłyszała, że wykonała zadanie nieprawidłowo. Ruszyła po raz drugi i ponownie otrzymała informację o błędzie. Egzamin zakończył się wynikiem negatywnym, choć… kursantka zrobiła wszystko poprawnie.
„Obie próby zostały wykonane prawidłowo i zgodnie z obowiązującymi kryteriami zawartymi w Rozporządzeniu w sprawie egzaminowania osób ubiegających się o uprawnienia do kierowania pojazdami” – napisała w notatce służbowej egzaminatorka. Wynik negatywny uzasadniła własnym poglądem: „Sposób wykonania zadania budzi we mnie wątpliwości co do techniki kierowania pojazdem”.
Marszałek, unieważniając egzamin, stwierdził, że egzaminatorka skupiła się na sposobie zaciągania hamulca postojowego zamiast na kryteriach, według których miała oceniać wykonanie zadania. Tak, osoba egzaminowana otrzymała wynik negatywny nie dlatego, że samochód stoczył się za daleko albo zgasł silnik, lecz ze względu na “wątpliwy” sposób zaciągania hamulca ręcznego!
– Ocena była błędna. Nieważne czy wynikała z wątpliwości, natomiast była błędna, bo nie posiadała podstawy prawnej. Nie było stoczenia, nie było unieruchomienia silnika i nie nastąpił żaden element – nazwijmy – szeroko rozumianej techniki kierowania. Pani egzaminator w tym aspekcie wymaga doszkolenia co najmniej, bo być może to, które przeszła było niewystarczające – komentuje taki oblany egzamin Tomasz Matuszewski, egzaminator i wicedyrektor Wojewódzkiego Ośrodku Ruchu Drogowego w Warszawie.
Minuta jazdy. Oblany za “wyprzedzanie”, którego nie było
W oddziale terenowym WORD Katowice jeden z egzaminów skończył się niemal natychmiast po wyjeździe na drogę publiczną. Kandydat rozpoczął jazdę w ruchu drogowym o godz. 14:29. Minutę później zatrzymał się przed przejściem dla pieszych na jezdni z dwoma pasami ruchu w jednym kierunku. Na sąsiednim pasie również zatrzymał się samochód. Obaj kierujący przepuszczali przez przejście dwoje pieszych.
Kiedy piesi zeszli już z przejścia, kandydat zaczął ruszać. Egzaminator nacisnął hamulec, a między nim a zdającym wywiązała się krótka rozmowa.
„Egzaminator: A wolno wyprzedzać na przejeździe?
Kandydat: Nie.
Egzaminator: To co Pan robi najlepszego na sam początek egzaminu?
Kandydat: Myślałem, że już mogę ruszyć.
Egzaminator: No nie może Pan ruszyć. Nie wolno Panu wyprzedzać pojazdu bezpośrednio przed przejściem, jak i na przejściu dla pieszych. Zwłaszcza że pojazd zatrzymał się żeby przepuścić pieszego. Rozumie Pan?„
W chwili, gdy samochód egzaminacyjny zaczął ruszać, pojazd na sąsiednim pasie nadal stał. Nie mogło być więc mowy o jego wyprzedzaniu. Co najwyżej można byłoby rozważać omijanie stojącego pojazdu. Jednak, gdy piesi już przeszli przez pas ruchu kursanta, kontynuowanie jazdy było jak najbardziej dozwolone.
„Absolutnie nie można mówić o wyprzedzaniu przez pojazd egzaminacyjny, gdyż biały samochód (red. ten obok) w momencie ruszania stał w miejscu a więc był on omijany” – napisał w notatce przełożony tego egzaminatora z Katowic.
Gdyby przyjąć takie myślenie, jak ten egzaminator, to dwa samochody stojące obok siebie przed przejściem i przepuszczają pieszych, po zejściu pieszych nigdy nie mogły by już pojechać – pierwszy ruszający pojazd za każdym razem omijałby ten, który jeszcze przez moment stoi.
„W tej sytuacji zgodnie z oceną Pana egzaminatora żaden z w/w samochodów nie ma prawa ruszyć, co oczywiście jest pozbawione sensu” – napisał przełożony egzaminatora w notatce do dyrektora WORD.
Ostatecznie sprawa trafiła do marszałka, a jego ocena nie pozostawiła wątpliwości i egzamin unieważniono: „Egzamin państwowy praktyczny na kat. B został przeprowadzony niezgodnie z przepisami prawa a wystawiona przez Egzaminatora ocena negatywna była bezpodstawna.”
Wiedziała, jak sprawdzić olej. Nie spełniła fanaberii egzaminatorki
Kolejny dziwny egzamin odbył się w Krakowie. Kandydatka otrzymała zadanie polegające na sprawdzeniu poziomu oleju silnikowego. Z dokumentacji marszałka wynika, że zdająca pokazała, iż należy wyciągnąć bagnet i sprawdzić, czy poziom oleju znajduje się pomiędzy dwoma oznaczeniami.
„Wyraźnie widać na nagraniu z przebiegu egzaminu z gestów egzaminowanej, że podczas wykonywania pierwszej próby prawidłowo udzieliła odpowiedzi w przedmiotowej kwestii” – czytamy w piśmie.
Mimo to egzaminatorka zarówno pierwszą, jak i drugą próbę oceniła negatywnie, a następnie zakończyła egzamin.
W sporządzonej później notatce przekonywała, że „zdająca nie potrafiła i nie wiedziała jaki powinien być prawidłowy poziom oleju w silniku, który jest podstawowym elementem pojazdu odpowiedzialnym za bezpieczeństwo w ruchu drogowym”.
Kiedy zdająca i egzaminatorka znajdowały się już wewnątrz samochodu, rejestrator nagrał ich rozmowę. Z jej przebiegu wynikało, że egzaminatorka oczekiwała od kandydatki dosłownego użycia słów „minimum” oraz „maksimum”. Samo prawidłowe pokazanie, gdzie powinien znajdować się poziom oleju, okazało się dla niej niewystarczające.
„Skarżąca prawidłowo wskazała jak należy sprawdzić poziom oleju w silniku, próbowała również wyjaśnić to ponownie siedząc już w pojeździe egzaminacyjnym, jednak z przyczyn nieuzasadnionych egzaminator stwierdziła, że z uwagi na to, iż literalnie egzaminowana nie powiedziała, iż poziom oleju w silniku powinien być pomiędzy minimum a maximumum podjęła decyzję o negatywnym wyniku egzaminu” – wskazał organ nadzoru.
– Czepianie się takich rzeczy, pojedynczych słów… Kiedy słyszałem, że ktoś powiedział “bagnet” zamiast “miarka”, a egzaminator chciałby, aby zdający powiedział, że jest “miarka”, on powiedział “bagnet”… no to są skandaliczne przypadki – komentuje ten egzamin Marek Dworak, były dyrektor Małopolskiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Krakowie.
To klasyczny przykład nie tyle literalnego stosowania przepisów, ile dopisywania do nich własnych wymagań. Co można zrobić z egzaminatorami, których decyzje są później podważane przez organy nadzoru? Zgodnie z polskim prawem – nic.
– Sam miałem takie przypadki, a po zwolnieniu sąd przywrócił ich do pracy. Zły wizerunek WORD-ów jest związany właśnie z takim egzaminatorami – mówi Marek Dworak.
Za wolno. Egzaminatorka nakłaniała do agresywnej jazdy
Zaskakujący przypadek oblania kursantki opisano w jednej z decyzji z województwa zachodniopomorskiego. Kandydatka miała już na koncie jeden błąd w zadaniu dotyczącym jazdy drogą dwukierunkową dwujezdniową. Na jednym z odcinków bez potrzeby zmieniła pas ruchu z prawego na lewy, a po informacji od egzaminatorki o popełnionym błędzie wróciła na prawy pas.
Nieco dalej na trasie kandydatka zbliżała się do skrzyżowania z sygnalizacją świetlną wyposażoną w sekundnik. Widząc sytuację przed sobą, nie przyspieszyła, lecz zachowała defensywny sposób jazdy i stopniowo zmniejszała prędkość. Do sygnalizatora dojechała już w chwili, gdy nadawany był sygnał czerwony. Egzaminatorka uznała to za kolejny błąd!
Według relacji kandydatki egzaminatorka miała twierdzić, że przed zmianą sygnału należało zwiększyć prędkość, aby zdążyć przejechać przez skrzyżowanie. W swoich wyjaśnieniach sama egzaminatorka opisała drugi błąd jako zmniejszenie prędkości, które „miało prowadzić do nieopuszczenia skrzyżowania w danym cyklu sygnalizacji”.
Marszałek pozostawił niewiele miejsca na taką interpretację. „Należy w tym miejscu podkreślić, że wartość dopuszczalnej prędkości jazdy określonej zarówno stosowanymi znakami drogowymi zakazu, jak i wynikającej z ogólnych zasad ruchu drogowego (…), nie oznacza konieczności jazdy z tą prędkością, a jedynie wyraża taką możliwość” – zauważył organ kontrolny w uzasadnieniu unieważnienia egzaminu.
Kontrolerzy wskazali, że egzaminatorzy chyba zapominają, iż za kierownicą siedzi nie doświadczony kierowca, ale ktoś, kto dopiero zaczyna. Więc tym bardziej ostrożne zachowanie powinno się premiować a nie ganić.
„Nie można od kierującego pojazdem (osoby egzaminowanej) oczekiwać podejmowania na drodze działań zwiększających ryzyko dla bezpieczeństwa ruchu drogowego, w szczególności nieuzasadnionego warunkami ruchu drogowego zwiększenia prędkości w celu wjazdu na skrzyżowanie” – ocenił marszałek.
Samochód stał. Egzaminator przerwał egzamin za „bezpośrednie zagrożenie”
Inny mazowiecki egzamin został przerwany, gdy kursant nawet nie zaczął ruszać. Kandydat wykonywał parkowanie prostopadłe. Nie zmieścił samochodu prawidłowo w wyznaczonym miejscu, więc chciał skorzystać z dopuszczonej przepisami możliwości korekty toru jazdy poprzez wycofanie. Zatrzymał samochód, włączył bieg wsteczny i odwrócił głowę, przygotowując się do cofania. Za pojazdem egzaminacyjnym znajdował się inny kierujący samochodem, który również się zatrzymał, a następnie zaczął manewrować
Zdający nie zdążył jeszcze ruszyć, gdy egzaminator nacisnął hamulec i przerwał egzamin z powodu rzekomego zagrożenia. „Zanim egzaminowany spróbował ruszyć do tyłu (egzaminowany odwrócił jedynie głowę do tyłu) egzaminator podjął interwencję i przerwał egzamin z powodu rzekomego zagrożenia” – czytamy w dokumentach analizujących nagranie egzaminu.
Marszałek zwrócił uwagę na rzecz zupełnie podstawową: „Pojazd w trakcie analizowanej sytuacji nie poruszał się do tyłu”. Egzaminator przerwał więc egzamin z powodu zagrożenia, które miało powstać podczas cofania, choć kandydat w ogóle jeszcze nie rozpoczął cofania.
Na tym jednak nie koniec. Egzaminator zakwestionował również samą korektę toru jazdy, uznając ją za wykonaną nieprawidłowo. Na jakiej podstawie? Z decyzji tego nie wynika. Organ nadzoru wskazał za to, że taka ocena nie znajdowała uzasadnienia ani w przepisach, ani w zasadach techniki kierowania pojazdem.
Marszałek podsumował sprawę jednoznacznie. „Przedmiotowy egzamin, w ocenie Marszałka Województwa Mazowieckiego, został przeprowadzony niezgodnie z przepisami, bowiem nie zaszły żadne przesłanki do zakwestionowania przez egzaminatora części praktycznej egzaminu” – czytamy w piśmie.
Miała patrzeć przez tylną szybę. Patrzyła. Wynik: negatywny
W województwie zachodniopomorskim kobieta zdawała egzamin na placu manewrowym. Jechała po łuku – czyli wykonywała zadanie, na którym egzaminatorzy najczęściej w Polsce oblewają kursantów. Przykład tej kursantki pokazuje, że robią to w nieuczciwy sposób.
Egzaminator dwukrotnie uznał zadanie za wykonane nieprawidłowo, ponieważ jego zdaniem zdająca podczas cofania nie obserwowała toru jazdy przez tylną szybę, lecz korzystała głównie z lusterek i bocznych szyb.
Przepisy rzeczywiście wymagają od osoby egzaminowanej obserwowania toru jazdy przez tylną szybę oraz lusterka. Nie określają jednak, w którym dokładnie momencie kandydat ma patrzeć w lusterko, a kiedy przez tylną szybę, jak długo ma to robić ani jak daleko powinien odwrócić głowę. Sposób obserwacji musi być dostosowany do aktualnej sytuacji i przebiegu manewru.
W praktyce właśnie ten przepis od lat bywa polem do nadinterpretacji. W jednych ośrodkach kandydatom każe się patrzeć przez tylną szybę dopiero podczas wjeżdżania do koperty, w innych oczekuje się tego już od początku cofania po prostym odcinku. Co WORD, to obyczaj, a instruktorzy zamiast uczyć jednej, wynikającej z przepisów techniki, bywają zmuszani do przygotowywania kursantów pod lokalne wymagania egzaminatorów.
Jeszcze bardziej niepokojące jest to, co wydarzyło się już po złożeniu skargi. Egzaminator nadzorujący poparł ocenę swojego kolegi. Problem w tym, że zrobił to „z pominięciem analizy nagrania audiowizualnego zaskarżonego egzaminu”, opierając się wyłącznie na wyjaśnieniach egzaminatora prowadzącego egzamin.
Czy to normalna praktyka? – Oczywiście, że nie. No właśnie po to przecież egzaminy są nagrywane, żeby wszystkie nadawały się do oglądania. Jeżeli ktoś lekceważy oglądanie, no to też jest to dziwne.– komentuje Marek Dworak.
Przełożony zaufał relacji podwładnego, ale kontrolujący egzamin marszałek obejrzał nagranie, a wtedy wersja egzaminatora zaczęła się rozpadać. „W początkowej fazie jazdy do tyłu kilkukrotnie obróciła się przez prawe ramię obserwując otoczenie pojazdu przez lusterka i tylną szybę” – ustalił nadzór. Przy drugiej próbie kursantka zachowała się podobnie.
Nagranie ujawniło jednak dodatkowy szczegół – w czasie, gdy egzaminator miał oceniać sposób obserwacji otoczenia przez kandydatkę, sam skupiał uwagę na prawej stronie samochodu, kontrolując przede wszystkim, czy pojazd nie najedzie na linię. Zarzucił więc zdającej, że nie patrzyła tam, gdzie według niego powinna, choć sam w kluczowym momencie w ogóle nie obserwował jej zachowania.
Ocena marszałka była wyjątkowo ostra. „Egzaminator nie może samodzielnie w sposób dowolny rozszerzać kryteriów określonych dla wykonania zadań egzaminacyjnych, poprzez np. doprecyzowanie jak daleko należy odwrócić głowę do tyłu w celu uznania zadania za wykonane prawidłowo, podczas gdy same przepisy rozporządzenia (…) tego nie określają” – wskazano w dokumencie kontrolnym.
Urząd uznał, że egzaminator przyjął „skrajnie niekorzystną i krzywdzącą” interpretację przepisów, a następnie wystawił „nierzetelną, niezgodną z przepisami prawa ocenę”, mimo prawidłowego wykonania zadania.
Słońce świeciło mu w oczy. Więc oblał za światła, które były włączone
Bydgoszcz, wrzesień 2025 r. Tym razem sprawa nie trafiła do organu nadzoru po skardze zdającej. Wniosek o unieważnienie egzaminu złożył – co nie zdarza się często – sam dyrektor ośrodka egzaminowania.
Kandydatka wykonywała na placu manewrowym tzw. łuk. Miała włączone światła mijania. Egzaminator szedł za samochodem i uznał jednak, że kobieta porusza się wyłącznie na światłach pozycyjnych, a więc niewłaściwych. I za to jej pierwsza próba została oceniona negatywnie. Kobieta przystąpiła do drugiej próby. Ponownie przejechała łuk i ponownie egzaminator uznał zadanie za wykonane nieprawidłowo. Wynik egzaminu? Negatywny.
Dopiero analiza nagrania pokazała, że problemu po stronie zdającej w ogóle nie było. Światła mijania były włączone. „Nie zauważyłem świecącej się żółtej kontrolki stojąc po lewej stronie pojazdu egzaminacyjnego” – napisał w tłumaczeniach po kontroli egzaminator. – „Po drugie, idąc za pojazdem, czerwone światła pozycyjne świecą się tak samo, jak w chwili używania świateł mijania”.
Egzaminator sam przyznał więc, że z miejsca, z którego obserwował samochód, widział tylko tylne światła, po których nawet nie mógł ocenić, czy kandydatka włączyła światła mijania! Mimo to uznał, że tego nie zrobiła i oblał ją na egzaminie.
Dalsza część wyjaśnień egzaminatora jest jeszcze bardziej kuriozalna. Bo przyznał, że ostatecznie zauważył prawidłowo włączone światła „Zauważyłem świecącą się żółtą kontrolkę dopiero w chwili, kiedy wchodziłem do samochodu ale nawet wtedy byłem przekonany, że przełączono te światła na właściwe dopiero w chwili cofania pojazdu w drugiej próbie” – pisał w wyjaśnieniach.
Marszałek podsumował sprawę krótko: „zdaniem organu nadzoru Pan egzaminator ogłosił nieprawidłowo wynik negatywny z egzaminu”.
Przy okazji tego unieważnionego egzaminu należy zwrócić uwagę na patologię samego polskiego systemu. Prawo nie narzuca egzaminatorowi obowiązku wyjaśnienia podczas egzaminu zdającemu, na czym polegał popełniony błąd. Musi jedynie informować o nieprawidłowym wykonaniu konkretnego zadania. W ten sposób kandydat często nie jest w stanie się domyśleć, co zrobił źle, a egzaminatorzy wykorzystują to do szybkiego zakończenia z wynikiem negatywnym. Do tej pory żaden rząd nie zdołał naprawić tych przepisów, a obecny rząd Koalicji Obywatelskiej usztywnił niedawno – na życzenie lobby egzaminatorów – kryteria błędów, dzięki czemu jeszcze łatwiej oblać młodego człowieka próbującego zdobyć prawo jazdy nad Wisłą.
„Trzeci kierunkowskaz”, czyli kryterium zależne od kąta samochodu
Jeszcze inny egzaminator na Mazowszu stworzył własną, pionierską teorię dotyczącą używania kierunkowskazów. Zdający u niego kandydat wykonywał zawracanie z wykorzystaniem biegu wstecznego. Przy pierwszej próbie rzeczywiście popełnił błąd – podczas cofania do wjazdu nie włączył kierunkowskazu.
Przy drugiej miał zawrócić w bramie po lewej stronie. Wjechał przodem do wjazdu i prawidłowo sygnalizował zarówno wjazd, jak i późniejszy wyjazd. Egzaminator uznał jednak, że to za mało i oczekiwał użycia kierunkowskazu jeszcze raz – podczas ruszenia do przodu po wycofaniu z bramy na jezdnię. „Egzaminator zarzucił jednak brak >>trzeciego<<, lewego kierunkowskazu podczas rozpoczynania jazdy do przodu” – czytamy w dokumencie kontrolnym. To właśnie ten rzekomy drugi błąd przesądził o wyniku negatywnym egzaminu.
W późniejszych wyjaśnieniach egzaminator przekonywał, że konieczność użycia dodatkowego kierunkowskazu zależy między innymi od kąta, pod jakim ustawiony jest samochód. Problem w tym, że przepisy takiego kryterium nie przewidują. Urząd zwrócił również uwagę, że podczas tego samego egzaminu podobną sytuację egzaminator oceniał inaczej, a jego późniejsze wyjaśnienia były „wewnętrznie niespójne”..
Ta sytuacja po raz kolejny wskazuje problem egzaminowania w Polsce według własnych kryteriów. Przepisy są jedne, ale na prawym fotelu może nagle pojawić się dodatkowy zestaw zasad, zależny już nie od prawa, lecz od tego, jak konkretny egzaminator sam sobie interpretuje ustawienie samochodu. W dodatku ten egzaminator z Mazowsza nawet nie potrafił wytłumaczyć organowi kontrolnemu, co miało by dać włączenie kierunkowskazu po raz trzeci, czego się domagał. „Egzaminator nie potrafił wskazać wpływu braku jednego z elementów oceny na poprawność realizacji całego zadania” – czytamy w uzasadnieniu unieważnienia tego egzaminu.
Organ nadzoru przypomniał przy tej okazji, że istniejącego po stronie egzaminatora luzu decyzyjnego nie można traktować jako prawa do rozstrzygania każdej niejasnej sytuacji na niekorzyść zdającego. Wręcz przeciwnie. „W razie zaistnienia wątpliwości wpływających na końcowy wynik egzaminu – jak w niniejszej sprawie – winny być one rozstrzygane na korzyść osoby egzaminowanej (Wyrok WSA w Poznaniu z 21 grudnia 2022 r., III SA/Po 872/22)” – cytuje nadzór w piśmie unieważniającym egzamin.
Zatrzymała się przy STOP. Egzaminatorka stwierdziła, że źle
Oświęcim. Kandydatka dojechała do skrzyżowania oznaczonego znakiem STOP. Nie było tam linii wyznaczającej dokładne miejsce zatrzymania, więc zdająca musiała zatrzymać samochód w takim miejscu, z którego mogła właściwie obserwować drogę z pierwszeństwem. Zatrzymała się, oceniła sytuację i zamierzała kontynuować jazdę. Egzaminatorka uznała jednak, że wybrała niewłaściwe miejsce, a widoczność miał jej ograniczać inny pojazd. Egzamin został przerwany z wynikiem negatywnym. Jak się okazało – całkowicie niesłusznie.
Marszałek obejrzał nagranie egzaminu i krok po kroku zmiażdżył argumentację egzaminatorki. „Osoba egzaminowana w ocenie organu zatrzymała się w sposób prawidłowy, pozwalający na obserwację drogi z pierwszeństwem przejazdu, a jej dalsza kontynuacja jazdy nie zagrażała bezpieczeństwu w ruchu drogowym” – stwierdził organ nadzoru.
Nie potwierdził się również argument dotyczący samochodu, który rzekomo miał ograniczać zdającej widoczność. „W ocenie organu pojazd ten w żaden sposób nie ograniczał widoczności, a zdająca zatrzymała się w miejscu pozwalającym na prawidłową ocenę sytuacji możliwości przejazdu przez skrzyżowanie” – ustalono.
Nagranie pokazało więc sytuację odwrotną od tej, która stała się podstawą przerwania egzaminu. Kandydatka zatrzymała się w miejscu umożliwiającym obserwację drogi, wskazany przez egzaminatorkę pojazd nie ograniczał jej widoczności, a z tej strony skrzyżowania nie nadjeżdżał żaden uczestnik ruchu.
„W ocenie organu w toku przedmiotowego egzaminu egzaminator nie dopełniła swoich obowiązków” – ocenił marszałek unieważniając egzamin. W decyzji dodano także, że “w ocenie organu, iż przedmiotowy egzamin przeprowadzony został z naruszeniem prawa”.
W Zielonej Górze ginęły nagrania egzaminów. To tam policja zatrzymała w aferze korupcyjnej egzaminatora nadzorującego
Szczególnym przypadkiem są decyzje kontrolne dotyczące WORD w Zielonej Górze. W trzech sprawach organ nadzoru nie mógł rzetelnie rozstrzygnąć, czy egzaminator rzeczywiście popełnił błąd, ponieważ brakowało najważniejszego dowodu – nagrania przebiegu egzaminu.
W pierwszym przypadku kandydat twierdził, że podczas wykonywania zadania na placu manewrowym pojawił się problem techniczny z samochodem. WORD początkowo pozostawił jego skargę bez rozpatrzenia, uznając, że została złożona po terminie. Zdający wykazał jednak, że wysłał ją w wymaganym czasie, a ośrodek sam przyznał mu rację. Wtedy pojawił się kolejny problem: nagrania już nie było.
„Od dnia złożenia skargi do dnia dzisiejszego upłynęło ponad 40 dni od egzaminu, w którym Pan uczestniczył wobec tego tut. Ośrodek nie jest już w posiadaniu nagrania z przebiegu egzaminu z Pana udziałem” – poinformował WORD. W efekcie nie dało się już sprawdzić, czy kandydat rzeczywiście miał problem z samochodem, czy rację miał egzaminator.
Druga sprawa jest równie zastanawiająca. Skarga dotycząca egzaminu wpłynęła do WORD 16 czerwca 2025 r. Nagrania zaczęto szukać dwa tygodnie później – 30 czerwca. Wtedy okazało się, że na dysku nie ma pliku z przebiegiem egzaminu.
„W dniu 30.06.2025 r. na podstawie informacji o potrzebie zabezpieczenia zarejestrowanego egzaminu na pojeździe Hyundai i20 numer 15 w trakcie próby przeszukiwania zapisanych danych okazało się, że na dysku nie ma poszukiwanego nagrania. Przyczyna awarii nie została jeszcze ustalona” – napisał informatyk.
W trzeciej sprawie sytuacja wyglądała jeszcze inaczej. Z dokumentacji WORD wynikało, że urządzenie rejestrujące nie działało już przed rozpoczęciem egzaminu. Mimo to egzamin został przeprowadzony. Dopiero później informatyk ustalił, że problem mógł wynikać z nieprawidłowego działania czujników uruchamiających nagrywanie.
Trzy sprawy z jednego WORD i trzy przypadki, w których organ nadzoru nie dysponował pełnym nagraniem pozwalającym odtworzyć przebieg egzaminu.
Kontekst tych spraw jest dziś jednak szczególny. Egzaminatorem nadzorującym w WORD Zielona Góra był Roman U., zatrzymany w lipcu 2026 r. w śledztwie dotyczącym korupcji przy państwowych egzaminach na prawo jazdy. Usłyszał zarzut przyjmowania korzyści majątkowych.
We wrześniu brd24.pl ujawnił, że opuścił areszt wcześniej po podjęciu współpracy z prokuraturą. Zastosowano wobec niego środki wolnościowe, w tym zakaz zbliżania się do WORD na odległość mniejszą niż 100 metrów.
Łódzki urząd odmawia podania danych. Chroni „rzeźnika z Piotrkowa” i jego kolegów?
Szczególnie interesujące byłoby zajrzenie do dokumentów z województwa łódzkiego. Tam bowiem egzaminatorzy oblewają największy odsetek kursantów na tle Polski. Portal brd24.pl ujawnił, że w WORD Łódź oraz jego oddziałach terenowych, w tym w Piotrkowie Trybunalskim, pracują egzaminatorzy, u których pozytywny wynik otrzymywało zaledwie kilka procent kandydatów. Jeden z egzaminatorów w Piotrkowie Trybunalskim w 2025 r. oceniał 891 egzaminów i pozytywny wynik dał w zaledwie 31 przypadkach.
Urząd Marszałkowski Województwa Łódzkiego jako jedyny spośród 16 urzędów nie udostępnił redakcji brd24.pl materiałów dotyczących konkretnych unieważnień egzaminów w formie pozwalającej przeanalizować ich powody podważenia ich wyników.
Oficjalnie problemem ma być rzkeomo pracochłonność anonimizacji dokumentów. Tyle że urzędy marszałkowskie z województw, w których unieważnionych egzaminów było jeszcze więcej, potrafiły takie materiały przygotować i udostępnić.
Sprawa odmowy udostępnienia dokumentów brd24.pl finał będzie miała przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym.
Andrzej Łapa
Artykuły, które mogą Cię zainteresować

Ekspert resortu Klimczaka i polityk KO podejrzani w łapówkarskiej aferze z prawami jazdy

„Chodnik to nie jezdnia”. Ekspert Klimczaka z komisji układającej egzamin na prawo jazdy nie rozumie pierwszeństwa pieszych

Problem na przejazdach kolejowych zaczyna się od szkolenia. Jeśli instruktor utyka za szlabanem, co przekazuje kursantom?




