Społeczeństwo
„Tak wygląda człowiek, który przez całe życie przyzwyczajał się do przekonania, że jest lepszy od innych ludzi”. Mowa końcowa prokuratora w procesie Sebastiana Majtczaka
Opublikowano
1 godzinę temu-
przez
luzPrzedstawiamy zapis całej mowy końcowej wygłoszonej przez prokuratora Aleksandra Dudę podczas procesu Sebastiana Majtczaka, odpowiadającego za spowodowanie śmiertelnego wypadku na autostradzie A1 w 2023 r.

Rano 16 września 2023 roku Patryk Biały wraz ze swoją żoną Martyną oraz ich czteroletnim synem Oliwierem rozpoczęli powrót do Myszkowa. Wracali z wakacji, jakie spędzali w Jastrzębiej Górze. W pierwszej kolejności udali się do Władysławowa, gdzie pożegnali się z morzem. Po południu wyruszyli w dalszą trasę w stronę domu. Za kierownicą nowiuteńkiej Kie ProCeed siedział Patryk, za nim na tylnym siedzeniu Martyna, obok niej bezpiecznie zapięty w swoim foteliku podróżował Oliwier.
Podróż odbywali trasami S7 i S6, a następnie autostradą A1 w kierunku południu. Nie spieszyli się, robili przystanki. O godzinie 19:27 Martyna napisała do swojej mamy SMS-a z trasy. Przekazała jej, że będą w domu za dwie godziny. Nie zgłaszała żadnych problemów czy komplikacji w podróży.
Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Martyna pisała, jak się później okazało – ostatnią wiadomość do swojej mamy, Sebastian Majtczak podjeżdżał pod Szkołę Mistrzostwa Sportowego w Łodzi, gdzie umówił się ze swoimi sąsiadami Patrykiem i Arkadiuszem. Ci panowie spędzili tam czas jako kibice imprezie sportowej, wypili sporo alkoholu. Sebastian Majtczak na chwilę do nich dołączył. Wszyscy byli w dobrych humorach i postanowili kontynuować beztroski sobotni wieczór i wybrać się do restauracji z grillem w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego.
Cała trójka wsiadła do czarnego BMW M850i Gran Coupe, z którego po zleconym przez Sebastiana Majtczaka chiptuningu zdjęty został limit prędkości, fabrycznie ustalony na poziomie 250 km/h. Auta, którego moc z 530 KM zwiększona została do około 680 KM. Za kierownicą tej rakiety siadł Sebastian Majtczak. Arkadiusz N. zajął miejsce na tylnej kanapie za kierowcą, a Patryk K. usiadł z przodu na miejscu pasażera.
Na autostradę A1 w kierunku Katowice Sebastian Majtczak wjechał w węźle numer 22 Łódź-Wschód. Gdy znalazł się na autostradzie, zajął lewy pas i wbił pedał gazu w podłogę, rozpoczynając w ten sposób rosyjską ruletkę z życiem innych uczestników.
Jak to wyglądało, w sądzie widziała cała Polska, gdy w przestrzeni publicznej pojawiły się nagrania z samochodowego wideorejestratora. Dla wyprzedzanych kierowców samochód Sebastiana Majtczaka był tylko rozmazaną smugą. Był błyskiem światła. Pędząc lewym pasem i agresywnie mrugając światłami drogowymi, oskarżony żądał natychmiastowego usunięcia się z jego drogi od każdego, kto stał na drodze.
O godzinie 19:54 i 23 sekundy, a więc na kilka sekund przed wypadkiem, pełna sylwetka samochodu BMW M850i odnotowana została przez kamerę autostradową. Sebastian Majtczak poruszał się lewym pasem. Średnia prędkość chwilowa jego pojazdu wynosiła 309 km/h.
Kilkanaście sekund wcześniej, o godzinie 19:54 i 09 sekund, oko tej samej kamery zarejestrowało Kię Proceed, którą kierował Patryk Biały. Jechał spokojnie, środkowym pasem ruchu. Średnia prędkość chwilowa wynosiła 140 km/h.
21 sekund później, na nieoświetlonym, trzypasmowym odcinku autostrady A1 czas Patryka, Martyny i Olgierda zatrzymał się. Moment zderzenia i ostatnie chwile przed nim zarejestrowała kamera jadącego z naprzeciwka w kierunku Łodzi Hyundaia. Zapis ten współgra z relacjami osób, które za ty samochodem jechały. Zapamiętały one, że kierowane przez Sebastiana Majtczaka BMW zbliżało się z zawrotną prędkością. Na nagraniu widać, że oskarżony do końca mrugał światłami drogowymi, okazując swoją wyższość każdemu, kto jechał przed nim.
Wysoki sądzie, droga w tym miejscu ma łagodny łuk w lewo. W normalnych warunkach byłby niezauważalny. Przy prędkości, do jakiej rozpędził swoje BMW Sebastian Majtczak, ten delikatny łuk stał się wyrokiem śmierci. Na chwilę przed zderzeniem prędkość samochodu Sebastiana Majtczaka wynosiła między 315 a 329 km/h. Oskarżony w ciągu jednej sekundy pokonywał długość boiska piłkarskiego. Jeden ze świadków opisywał później, że ryk silnika brzmiał jak niskolecący samolot. Nic dziwnego, można powiedzieć, bo silnik wykonywał ponad 5700 obrotów na minutę.
W takich warunkach w starciu z bezwzględnymi prawami fizyki Sebastian Majtczak zaczął tracić kontrolę, zaczął przegrywać. Niewidzialna siła ośrodkowa wynosiła jego BMW z lewego pasa wprost na pas środkowy. Rejestrator zdarzeń drogowych zapisał kluczowe parametry pracy pojazdu BMW dotyczące 5 sekund poprzedzających zderzenie z Kią. W początkowym okresie rejestracji Sebastian Majtczak wciskał pedał przyspieszenia w maksymalnym, stuprocentowym zakresie, do deski. Samochód aktywował się system ABS. By ratować się przed zmianą pasa na środkowy, Sebastian Majtczak zaczął zwalniać pedał przyspieszenia, szarpnął kierownicą w lewo, a następnie desperacko wcisnął hamulec i pogłębiał skręt kierownicy w lewo. W momencie zderzenia kąt skrętu kierownicy wynosił niemal 90 stopni w lewo.
Wszystko to jednak na próżno i wszystko to na całe wieki za późno. Opony BMW nie były w stanie oszukać pędu dwutonowej maszyny. Samochód w nienaturalny dryfował na pas środkowy prosto w pojazd, którym podróżowali Patryk, Martyna i Olgierd. Ekstremalnie dociążone prawe koła BMW zdążyły już wyryć na asfalcie sunący z lewego pasa na środkowy ślad hamowania i znoszenia o długości ponad 60 m. Opony Pirelli jednocześnie napędzane, skręcane, a w ostatnim ułamku sekundy także gwałtownie hamowane, toczyły swoją ostatnią, heroiczną, ale skazaną na porażkę walkę o przyczepność.
Elektroniczny zapis z wnętrza Kii odczytany przez biegłego Michała Krzemińskiego to dowód na to, że podróżująca tym samochodem rodzina do samego końca nie miała pojęcia o nadchodzącej śmierci. Przez ostatnich 5 sekund pojazd poruszał się ze stałą, bezpieczną prędkością 133 do 135 km/h. Komputer nie zarejestrował ani ułamka sekundy hamowania. Kąt skrętu kierownicy utrzymywany był przez cały czas rejestracji jak do jazdy na wprost.
Sekundę przed zderzeniem błysnął jeszcze prawy kierunkowskaz Kii. Być może w ostatniej chwili Patryk próbował jeszcze uciec ze środkowego na prawy pas. Nie zdążył. Prawe, przednie naroże BMW pędzącego w chwili uderzenia z prędkością nie mniejszą niż 253 km/h wbiło się z potwornym impetem w lewy tył Kii. Różnica prędkości między dwoma pojazdami wynosiła wtedy nie mniej niż 120 km/h. To tak, jak gdyby stojąca w miejscu Kia została uderzona przez auto jadące z niemal pełną prędkością autostradową.
Opony pojazdu zapisały historię tej tragedii na jezdni. Prawa tylna opona Kii zaczęła trzeć o pas, pisząc początek śladu. W setnych częściach sekundy stal i kompozyty gięły się jak plastelina. Powstały gigantyczne deformacje, które wbiły się w głąb obu nadwozi. Uderzenie było monstrualne. Potężna energia kinetyczna dwutonowego BMW w ułamku sekundy wystrzeliła lżejszą Kię do przodu, nadając jej prędkość z około 140 km/h do prawie 200 km/h.
Narożnikowe uderzenie wywołało natychmiastowy obrót. Zaledwie kilka w milisekund pojazdy odwróciły się względem siebie prostopadle. Wielki, ciężki silnik V8 umieszczony w długim przodzie BMW zmiażdżył znacznie lżejszy tył Kii z strefą, w której znajdował się zbiornik i cały układ paliwowy. Siła uderzenia była tak wielka, że tylne lewe drzwi Kii zmniejszyły się aż trzykrotnie.
Wewnątrz Kii rozegrano zagrał się horror, którego ostatecznie nikt nie przeżył. Siedząca z tyłu Martyna została dociśnięta do fotela swojego męża. Patryk z kolei runął na kierownicę i kokpit. Podczas późniejszej sekcji zwłok w okolicach mostka Patryka odnaleziono wbity przedmiot przypominający fragment wewnętrznego lusterka.
Zmiażdżona Kia zaczęła wirować w ruchu pozderzeniowym, trące o asfalt elementy konstrukcyjne, wykrzesały snop iskier. W połączeniu z rozrywanym układem paliwowym dało to natychmiastowy, katastrofalny efekt. Potężny wybuch. Płonąca jak pochodnia Kia odbiła się od barier ochronnych i sunąc z gęstym dymem przemieszczała się przez kolejne 204 m, zanim ostatecznie się zatrzymała.
W tym czasie ciężka, zniszczona maszyna BMW siłą własnego pędu toczyła się bezwładnie przez kolejne setki metrów, by ostatecznie zatrzymać się aż około 405 m od punktu zderzenia. Bezwzględna fizyka uderzyła też pasażerów BMW. Arkadiusz N. siedzący na tylnej kanapie po uderzeniu z impetem przeleciał na przedni fotel.
Inni kierowcy, którzy jechali tylko w tym czasie autostradą A1, podjęli próbę gaszenia pojazdu Kia. Słup ognia obejmował cały pojazd i sięgał na wysokość ekranów akustycznych. Był tak mocno zaawansowany, że przy użyciu tych małych gaśnic samochodowych jego ugaszenie nie miało najmniejszych szans. Z wnętrza płonącego pojazdu Kia słyszalny był krzyk kobiety. Martyna żyła. Do samego końca próbowała własnym ciałem osłonić swojego czteroletniego synka przed niszczycielskim pożarem.
Kiedy na miejsce dotarły pierwsze zastępy straży pożarnej, sytuacja była krytyczna. Temperatura we wraku osiągnęła tak ekstremalne wartości, że tworzywa sztuczne i aluminium topiły się w oczach. Strażacy, by w ogóle zbliżyć się do ognia, musieli założyć specjalistyczne kombinezony termiczne. Po ugaszeniu płomieni i odcięciu dachu oczom ratowników ukazał się widok, który prześladuje ich do dziś. Wnętrze pojazdu było doszczętnie spalone. We wraku Kii leżały trzy spalone, popękane ciała Patryka, Martyny i małego Oliwiera. Patryk siedział za kierownicą, pochylony w stronę fotelu pasażera, z tyłu tuż przy dziecku wciąż trwała jego mama.
W pobliżu wraku na powierzchni kilkudziesięciu metrów leżały porozrzucane prywatne rzeczy wracającej z wakacji rodziny.
Z wnętrza BMW wyszli trzej mężczyźni: Sebastian Majtczak, Arkadiusz N. i Patryk K. Sebastian Majtczak wyszedł z wypadku bez uszkodzeń. Jego koledzy odnieść średni i lekkie obrażenia. Po wyjściu z samochodu Majtczak działał metodycznie pomagał wyjść z samochodu oszołomionemu Arkadiuszowi N., założył kamizelkę odblaskową i wyciągnął telefon. Zaledwie dwie minuty po zderzeniu wykonał pierwsze połączenie, zadzwonił do żony jadącego z nimi Arkadiusza N., a chwilę później jego telefon rejestrował już gorączkowe połączenia do ojca.
Przez długie godziny mrok autostrady rozświetlały niebieskie światła. Na miejsce przyjechał policja, karetka pogotowia, karetek pogotowia zastępy straży pożarnej. Technik kryminalistyki udokumentował skalę zniszczenia. Zarówno prawa przednia felga BMW, jak i lewa tylna Kii nie zostały odnalezione w całości, bo nie mogły przetrwać uderzenia. Oba te koła znajdowały się w w epicentrum zderzenia. Odnaleziono oczywiście i fragmenty.
W nocy policja zabezpieczyła telefon oskarżonego. Został zdalnie przywrócony do ustawień fabrycznych rankiem następnego dnia o godzinie 5:19:38. W kilka dni po wypadku Sebastian Majtczak był już bezpieczny w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, gdzie zbiegł przed polskim wymiarem sprawiedliwości.
Wysoki sądzie, każde społeczeństwo opiera się na pewnym zaufaniu, którego na co dzień chyba nie dostrzegamy. Wychodząc z domu powierzamy swoje bezpieczeństwo ludziom, których nigdy nie poznamy. Wsiadając do samochodu zakładamy, że kierowca jadący z naprzeciwka uznaje te same zasady ostrożności, co my. I właśnie to wzajemne zaufanie sprawia, że miliony ludzi mogą każdego dnia korzystać ze wspólnej przestrzeni bez nieustannego lęku o własne życie.
Zaufanie to, wysoki sądzie, jak wiemy nie powstaje samoistnie, nie bierze się z niczego. Jego fundamentem jest prawo i wynikające z niego reguły. Reguły, które nie zostały stworzone po to, aby ograniczać wolność człowieka, lecz po to, aby chronić życie przed skutkami ludzkiej lekkomyślności, błędów i pychy.
Każdy przepis dotyczący bezpieczeństwa ruchu drogowego, w szczególności limitów prędkości, stanowi zapis doświadczenia zdobywanego przez dziesięciolecia, często za cenę ludzkiego cierpienia. Za każdą normą bezpieczeństwa w ruchu stoi wiedza, że prawa fizyki nie znają litości i nie czynią wyjątków dla ludzi przekonanych o własnej doskonałości. I sprawa, którą dzisiaj rozpoznaje wysoki sąd, jest w istocie sprawą o odrzucenie tej wiedzy.
Zgromadzony materiał dowodowy nie przedstawia obrazu człowieka, który jednego dnia podjął jedną błędną decyzję. Nie. Przedstawia historię człowieka, który przez dłuższy czas systematycznie usuwał ze swojego otoczenia kolejne ograniczenia, mające chronić zarówno jego samego, jak i innych uczestników ruchu przed skutkami nadmiernej prędkości. Usunięcie blokady prędkości w jego pojeździe, ustawionej na już bardzo wysoki poziomie 250 km/h, zwiększenie osiągów pojazdu z ogromnych 530 KM do około 680 KM, wyposażenie go w urządzenie służące do unikani kontroli, a także wcześniejsze zachowania oskarżonego, związane z poruszaniem się na publicznych drogach z ogromnymi prędkościami, przekraczającymi 200, a nawet 300 km/h, tworzą razem w wysokim sądzie obraz spójny i jednoznaczny.
Nie są to odrębne epizody, to są elementy jednej postawy. Postawy człowieka, który stopniowo przyzwyczajał siebie do przekonania, że granice wyznaczone dla innych nie muszą dotyczyć jego. Człowieka, który uległ pokusie, by uwierzyć, że wszystko mu wolno. Gdy mimo jaskrawego naruszenia reguł, nic złego się nie dzieje, człowiek taki zaczyna wierzyć, że ryzyko nie istnieje. Gdy kolejne niebezpieczne zachowania nie kończą się w nieszczęśliwy sposób, zaczyna uważać, że je za dowód swoich wyjątkowych umiejętności. Jeśli nie ponosi konsekwencji, to dochodzi do przekonania, że konsekwencje w ogóle go nie dotyczą.
I właśnie w tym miejscu jawi się właściwy sens tej sprawy. Pomimo wcześniejszych przypadków tworzenia ogromnego niebezpieczeństwa dla innych ludzi, ewidentnych, umyślnych naruszeń przepisów drogowych, rozwijania na publicznych drogach ekstremalnych prędkości, przez lata oskarżonemu udawało się unikać konsekwencji.
Aż nadszedł dzień 16 września 2023 roku. Dzień, w którym najwidoczniejsza stała się fundamentalna prawda, przed którą przez lata oskarżony próbował uciec: człowiek może próbować ignorować przepisy, może ignorować ostrzeżenia, może ignorować doświadczenia innych ludzi, ale nie może ignorować praw fizyki. One pozostają całkowicie obojętne wobec ludzkiej pewności siebie. Nie interesuje ich liczba przejechanych kilometrów, subiektywne przekonania o własnych umiejętnościach ani wcześniejsze sukcesy. One działają z nieubłaganą konsekwencją, z którą nie sposób negocjować.
Odpowiedzialność oskarżonego nie rozpoczyna się w chwili utraty panowania nad pojazdem 16 września 2023 roku. Rozpoczyna się znacznie wcześniej. Rozpoczyna się w chwili, gdy postanowił zawalczyć z prawami fizyki, w chwili, gdy świadomie usuwał zabezpieczenia, gdy świadomie, z uporem tworzył pojazd zdolny do rozwijania skrajnych, wręcz prędkości. Gdy świadomie uznał, że realizacja szczeniackich zachcianek i szybkiej jazdy ma dla niego większą wartość niż bezpieczeństwo ludzi, których spotyka na swojej drodze.
Rodzina z Kia tego dnia miała pełne prawo oczekiwać, że oskarżony będzie respektował elementarne zasady bezpieczeństwa. Miała prawo zakładać, że nie uczyni on sobie z dróg publicznych miejsca realizacji własnych fascynacji prędkością. Miała prawo wierzyć, że ten człowiek, prowadzący pojazd, zachowa taki zapas bezpieczeństwa, który pozwolił mu skutecznie reagować na zmieniające się w kształtowanie terenu czy warunki na drodze.
Oskarżony zabił te oczekiwania pokrzywdzonych pod każdym względem.
Ocenie wysokiego sądu podlega dziś nie tylko tragiczny finał jednego dnia, lecz cała postawa, która do tego finału doprowadziła. Wielokrotne lekceważenie zasad bezpieczeństwa, systematyczne oswajanie ryzyka oraz przekonanie, że zachcianka liczy się bardziej niż zdrowie i życie innych.
W wysokim sądzie, w trakcie tego procesu sam wielokrotnie zadawałem sobie pytanie o sposób, w jakby oskarżony postrzega rzeczywistość i swoje miejsce w rzeczywistości. Nie jest to pytanie uboczne, ale w swej istocie pytanie o źródło zachowania, które doprowadziło do tej tragedii. Człowiek poznaje samego siebie nie wtedy, kiedy wszystko mu się układa, ale wtedy, gdy zostaje skonfrontowany z konsekwencjami własnych działań. Proces ten trwał wiele miesięcy, w mojej cenie był czas na refleksję, był czas na rachunek sumienia, był czas na spojrzenie na własne postępowanie przez pryzmat śmierci rodziny, która znalazła się na drodze oskarżonego. Przez pryzmat niewyobrażalnego cierpienia najbliższych, które wraz z utratą Oliwiera, Patryka i Martyny stracili sens życia.
A jednak obraz, który wyłania się z zachowania oskarżonego, pozostaje przerażająco spójny. W tej sprawie, w sądzie każdy okazał się winny. Winny był Patryk, winni byli biegli, funkcjonariusze policji, winna była prokuratura, winne były media, politycy różnych opcji, winni byli komentatorzy, winny był wysoki sądzie każdy, kto ośmielił się dostrzec związek pomiędzy prędkością znacznie przekraczającą 300 km/h a wypadkiem. Pomiędzy długotrwałym lekceważeniem zasad bezpieczeństwa a tragedią, która ostatecznie nastąpiła.
W tym rozbudowanym katalogu odpowiedzialności zabrakło oczywiście tylko jednej osoby, Sebastiana Majczaka. Trudno o bardziej wymowne potwierdzenie postawy, którą odsłoniło śledztwo i proces sądowy.
Wysoki sądzie, ta sama skłonność do uznawania się za wyjątkowego, która wcześniej prowadziła do odrzucenia niebezpieczeństwa w ruchu drogowym, ujawniła się później w stosunku do odpowiedzialności za jej naruszenie. Człowiek, który przez lata uznawał, że ograniczenia prędkości nie muszą go obowiązywać, po tragedii zachował się tak, jakby nie obowiązywały go również reguły odpowiedzialności za swój czyn. Nawet śmierć całej rodziny nie była wystarczającym powodem do zakwestionowania własnego obrazu samego siebie.
By za wszelką cenę uniknąć odpowiedzialności, oskarżony uciekł do Zjednoczonych Emiratów Arabskich i nie wahał się zrzucać winę za swój czyn na tych, których swoim zachowaniem pozbawił życia. By się wybielić, oskarżony od początku prowadził egoistyczną grę pozorów. W początkach procesu udawał żal i pokorę. Mamił cierpiących niewyobrażalne męki bliskich ofiar wizją skruchy i pojednania.
Rzeczywisty sens tych działań był w wysokim sądzie jeden: ugrać coś dla siebie. W oczach sądu, w oczach swojej rodziny, a najważniejsze wydaje mi się – w swoich własnych.
Nigdy na tej sali nie padło szczere słowo, przepraszam.
Wysoki sądzie, skrucha nie zmniejsza kary, ale pozwala dostrzec, że sprawca zrozumiał znaczenie wyrządzonego zła. Tutaj nie mamy do czynienia ze zrozumieniem. Mamy do czynienia z uporczywym sporem prowadzonym przeciwko rzeczywistości. Wbrew dowodom jednoznacznie potwierdzającym winę oskarżonego, wbrew logice, z próbą zanegowania wszystkiego, co nie pasuje do obrazu własnej osoby, jaki oskarżony ma w swojej głowie, z próbą wykreowania alternatywnej rzeczywistości, w której odpowiedzialny za wypadek ponosi kierujący Kią – osoba, która jest niewinną ofiarą wypadku spowodowanego przez Sebastiana Majtczaka.
Tak wygląda w wysokim sądzie człowiek, który przez całe życie przyzwyczajał się do przekonania, że jest lepszy od innych ludzi, że problem tkwi zawsze poza nim.
Właśnie dlatego postawa oskarżonego po popełnieniu przestępstwa w mojej ocenie stanowi niezmiernie istotną okoliczność obciążającą. Stanowi ona de facto potwierdzenie źródła, z którego wyrosło popełnione przez oskarżonego przestępstwo.
Wysoki sądzie, pozostaje jeszcze kwestia kary. Każdy przepis karny jest próbą przewidzenia przyszłości. Ustawodawca, określając granice odpowiedzialności karnej i ustawowe zagrożenie karą, zakłada pewien typowy zakres zachowań, które mogą pojawić się w rzeczywistości. Żadna ustawa nie jest jednak w stanie przewidzieć wszystkich sposobów, w jakie człowiek może wykorzystać, rozwój techniki do zwiększenia zagrożenia dla innych ludzi.
Od chwili uchwalenia obowiązującego Kodeksu karnego zmieniło się bardzo dużo. Zmieniły się możliwości pojazdów, zmieniła się skala ruchu drogowego, zmieniła się energia, którą człowiek może zwolnić za pomocą jednego naciśnięcia pedału przyspieszenia. Ale nie zmieniła się w wartość wszystkiego życia.
Stopień naruszenia reguł bezpieczeństwa osiągnlą w tej sprawie poziom wyjątkowy. Skutki zachowania oskarżonego są najtragiczniejsze z możliwych. Jego sposób życia przed popełnieniem przestępstwa ujawnia trwałe lekceważenie norm chroniących życie i mienie. Jego postawa po popełnieniu przestępstwa pokazuje brak rzeczywistej refleksji nad znaczeniem własnych czynów.
Każda z tych okoliczności w wysokim sądzie prowadzi do tego samego wniosku: państwo nie dysponuje w tej sprawie karą w pełni odpowiadającą ciężarowi tej tragi. Nie istnieje kara zdolna przywrócić rodzicom dziecko, a bratu utraconą siostrę. Nie ma takiej kary, która przywróci rodzinie Martyny, Patryka i Oliwiera przyszłość, którą Sebastian Majtczak unicestwił w ciągu kilku sekund.
Istnieje jedynie najwyższa kara, jaką wolno wymierzyć zgodnie z ustawą: kara ośmiu lat pozbawienia wolności. I właśnie dlatego wysoki sądzie należy ją wymierzyć. Nie dlatego, że jest wystarczająca, bo nie jest, ale dlatego, że jest jedyna, która pozostaje w granicach prawa.
Niestety, bywają sprawy, w których sąd i społeczeństwo stają obok bolesnej świadomości, że możliwości prawa okazują się mniejsze niż rozmiar wyrządzonego zła. I to jest w wysokim sądzie jedna z takich spraw.
Wysoki sądzie wnoszę o wymierzenie oskarżonemu najwyższej kary przewidzianej przez art. 177 par. 2 kodeksu karnego kary orzeczenia pozbawienia wolności z ograniczeniem możliwości ulegania się przez niego warunkowe przedterminowe zwolnienie po odbyciu 3/4 kary. Orzeczenie wobec niego zakazu prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych na okres 15 lat. Orzeczenie zadośćuczynienia na rzecz Elżbiety Biały w wysokości – 500 000 zł, Waldemara Białego – 500 000 zł, Małgorzaty Dudy – 500 000 zł, Janusza Dudy – 500 000 zł, Błażeja D. – 200 000 zł.
Rozmiaru cierpienia w wysokim sądzie nie da się wycenić. Ale w obowiązkiem sądu jest zadośćuczynienie wyrządzonej krzywdzie w możliwie największym stopniu. Wnoszę oczywiście o obciążenie oskarżonego pełnymi kosztami postępowania.
Wysoki sądzie, Martyna, Patryk i Oliwier towarzyszą mi w każdej podróży. Gdy wsiadam do samochodu na tylej kanapie w foteliku siedzi moje dziecko, a obok niego jego kochająca mama. I wtedy pokrzywdzeni przypominają mi, jak wielkie szczęście miałem, że nie spotkałem na swojej drodze kogoś takiego jak Sebastian Majtczak.
Pokrzywdzeni niczym nie zawinili. Jechali prawidłowo. Zginęli z wyłącznej winy oskarżonego, który za nic miał ich życie. Pamiętajmy, że na miejscu Martyny, Patryka i Oliwiera mógł być każdy z nas. Każdy z nas wysoki sądzie.




